Facebook Instagram YouTube Wydawnictwo Dehon

Zgromadzenie Księży Najświętszego Serca Jezusowego

Prowincja Polska

  • Home
  • Cel projektu
  • O nas
  • Założyciel
  • Prawa autorskie i udostępnianie
  • Kontakt

Wyszukaj

Anuluj
  1. Strona główna
  2. Święci i kandydaci
  3. Marcin Capelli – Przyszła zima. Krótka opowieść o miłosierdziu
ks. dr Juan José Arnáiz Ecker SCJ

Marcin Capelli – Przyszła zima. Krótka opowieść o miłosierdziu

paź 16, 2026

Marcin Capelli – Przyszła zima. Krótka opowieść o miłosierdziu

Sylwetka błogosławionego Marcina Capellego SCJ (1912–1944)

ks. Juan José Arnaiz Ecker SCJ

tłumaczenie: ks. Łukasz Ogórek SCJ


Publikacja za zgodą autora oraz przełożonego prowincjalnego Prowincji Hiszpańskiej SCJ ks. Ángela Alindado Hernándeza SCJ z dn. 15 października 2026 roku, Prot. nr 161/2026. 

Oryginał publikacji w języku hiszpańskim jest dostępny tutaj: Martino Capelli: El invierno sobrevenido. Una pequeña historia de misericordia.


Spis treści

Wprowadzenie

Lato 1944 roku

1. Burzanella

2. II wojna światowa we Włoszech

3. Proboszcz Burzanelli: ks. Luigi Tommasini

4. Tamta samotna noc

5. Aresztowanie i egzekucja partyzantów

6. Pioppe di Salvaro: dołącza ks. Elia Comini SDB

7. Powołanie ks. Marcina

Jesień 1944 roku

8. Uwertura: kapłani z Monte Sole

Ks. Ubaldo Marchioni

Ks. Ferdinando Casagrande

Ks. Giovanni Fornasini

9. Portret kształtującego się ducha

10. Spotkanie z partyzantami

11. Wojna dociera do Pioppe di Salvaro

12. Przed portretem Stalina

A potem nagle zima…

13. Decyzja

14. Pojmanie

15. Więzień zakładów konopnych

16. Selekcja

17. Egzekucja

18. Na dnie „botte”

19. A potem cisza…

20. …która dziś staje się wymownym słowem

21. Złożone okoliczności

Wprowadzenie

To prosta historia. Jedna z najstraszliwszych zbrodni popełnionych przez wojska nazistowskie we Włoszech, na obszarze Monte Sole w Apeninach, na południe od Bolonii, dotknęła kilku sercanów. Jeden z nich miał stracić życie. Lepiej byłoby może powiedzieć, że mu je odebrano, ale prawda jest taka, że on sam je ofiarował.

Podczas II wojny światowej doszło bowiem do „Eccidio di Monte Sole”, znanej również jako „masakra w Marzabotto”. Była jesień 1944 roku. Wojska alianckie posuwały się przez Półwysep Apeniński na północ, a wojska niemieckie się wycofywały. Apeniny wyznaczały skraj Linii Gotów, jednej z niemieckich linii obronnych. Obejmowała ona obszar znany jako Monte Sole. Był to teren o znaczeniu strategicznym: jego położenie pozwalało kontrolować drogi prowadzące na front dolinami rzek Reno i Setta. Wreszcie, co ważne dla naszej opowieści, ten wiejski i zalesiony obszar był ośrodkiem działalności partyzanckiego ruchu oporu, a konkretnie tak zwanej brygady „Stella Rossa” („Czerwona Gwiazda”), dowodzonej przez Maria Musolesiego, pseudonim „Lupo”, czyli „Wilk”.

Historia II wojny światowej we Włoszech jest złożona i budzi kontrowersje. Nie będziemy się nad nią tutaj zatrzymywać. Wystarczy powiedzieć, że silna polaryzacja społeczno-polityczna tamtych lat osiągała szczyty skrajnej przemocy w miarę jak niemieckie wojska okupacyjne traciły kontrolę nad kolejnymi terenami, od południa ku północy.

Wydarzenia, które szczególnie nas interesują, rozegrały się między 29 września a 5 października 1944 roku. Regularne wojska niemieckie wycofały się, a kontrolę nad terytorium powierzono członkom nazistowskiego SS. Dowódcą oddziałów na tym obszarze był major Walter Reder. Wraz z członkami włoskiej partii faszystowskiej prowadzono na terenie Monte Sole obławy, których oficjalnym celem było pokonanie partyzantów, a tym samym zabezpieczenie przemarszu wycofujących się wojsk niemieckich. Jak zobaczymy, główne siły partyzanckie szybko się rozproszyły, częściowo ponosząc klęskę. Zamiast uznać, że cel został osiągnięty, siły nazistowskie rozpętały falę przemocy, która miała zakończyć się masakrą ludności cywilnej, poddanej straszliwym okrucieństwom: podpalano domy i niszczono całe wsie. Przede wszystkim zaś, po deportowaniu „przydatnych” mężczyzn do obozów pracy przymusowej, bez żadnego rozróżnienia mordowano miejscową ludność cywilną, zwłaszcza kobiety, osoby starsze i dzieci. Trzeba wskazać jeszcze jedną, bardzo konkretną grupę społeczną: księży katolickich. Poszukiwanie partyzantów, których nie schwytano, a jedynie rozproszono, przerodziło się w systematyczne eliminowanie osób uznanych za nieprzydatne, zbędne, znienawidzone, niebezpiecznych świadków albo ludzi, których można było zabić dla przestrogi i zemsty. Dotyczyło to także księży katolickich.

Po wojnie okolica nosiła głębokie blizny. Zrujnowane domy, zniszczone kościoły, zdruzgotane wspólnoty, zrównane z ziemią i opuszczone wsie. Dlaczego? Ich mieszkańcy zostali dosłownie wymordowani. Ruiny, które do dziś można odwiedzać, pozostają milczącymi świadkami. Spacer pośród nich z pewnością porusza duszę i wywiera głębokie wrażenie. Miejscowości Marzabotto, Monzuno i Grizzana Morandi oraz ich okolice najbardziej ucierpiały wskutek zimnej, mechanicznej, wyrachowanej i niszczycielskiej nazistowskiej furii.

Ile osób, według szacunków, padło ofiarą tego barbarzyństwa? Zależnie od źródeł podaje się od 770 do 1800 osób. Jedną z nich był trzydziestodwuletni sercanin, ks. Mikołaj Marcin Capelli SCJ. Oto krótka opowieść o jego ostatnich dniach.

Lato 1944 roku

1. Burzanella

Burzanella jest miejscem wydarzeń, które przybliżają nam postać ks. Marcina Capellego. To włoska miejscowość w prowincji Bolonia, w regionie Emilia-Romania. Położona około 553 metrów nad poziomem morza, liczy obecnie około 50 mieszkańców.

Jest czwartek, 6 lipca 1944 roku. Ówczesna Prowincja Włoska Zgromadzenia Księży Najświętszego Serca Jezusowego otworzyła swój scholastykat w Bolonii. Scholastykat to nazwa, którą w tym zgromadzeniu określa się okres, a także miejsce, ostatniego i najdłuższego etapu formacji młodych zakonników, poświęconego przede wszystkim studiowaniu filozofii i teologii.

Zapiski w kronice scholastykatu z tamtych dni informują, że przełożeni postanowili opuścić miasto i przenieść się gdzie indziej. Powodem było zbliżanie się frontu i działania wojenne. Pierwszym wybranym miejscem było Castiglione dei Pepoli.

Gmina ta liczyła wówczas około 8000 mieszkańców (obecnie szacuje się ich liczbę na około 5500) i znajduje się mniej więcej 58 kilometrów od Bolonii, stolicy regionu. To miejscowość, której historię naznaczyło położenie na spornym pograniczu Emilii i Toskanii. Przemarsze wojsk sprawiły, że wojna nie oszczędziła jej mieszkańców.

W zapisie z 6 lipca 1944 roku kronikarz opisuje brytyjskie bombardowanie z tego dnia i zaznacza, że choć nie wyrządziło ono poważnych szkód, sytuacja domu zakonnego stała się niebezpieczna. Pisze dalej:

Wojna, która przez ponad cztery lata zatrzymywała się u drzwi naszego scholastykatu, dziś przekroczyła jego próg i ciężką ręką zniszczyła także nasze gniazdo: po dzisiejszym wieczornym incydencie Castiglione jest ewakuowane. Około godziny 20.20 rozlega się bowiem potężny wybuch. Potem słychać ryk nisko lecącego samolotu. Wydaje się niemiecki, lecz w rzeczywistości jest angielski i zrzucił na plac siedem bomb zapalających: nie odnotowano poważnych zniszczeń, są jednak ranni. Tej samej nocy w Cavanice ustawiono cztery działa przeciwlotnicze. Ich ostrzał bardzo niepokoi niektórych kleryków, którzy nie potrafią zapanować nad nerwami. Na parterze ulokowało się niemieckie dowództwo. Wszystko to, w połączeniu z niebezpieczeństwem nieprzyjacielskich ataków na miejscowość ze względu na pobliską szosę, skłoniło przełożonych do przeprowadzenia planowanej od pewnego czasu ewakuacji.

2. II wojna światowa we Włoszech

Jak wiadomo, ta druga wielka wojna rozpoczęła się 1 września 1939 roku niemiecką inwazją na Polskę. Włochy, rządzone przez faszystowską partię Benita Mussoliniego, były sojusznikiem nazistowskich Niemiec. Tak było do 3 września 1943 roku, kiedy podpisano tajne porozumienie między Włochami a siłami alianckimi, znane jako rozejm w Cassibile, kończące udział Włoch w II wojnie światowej po stronie państw Osi. Był to punkt zwrotny, który doprowadził do niemieckiej okupacji znacznej części kraju oraz, o czym powiemy później, do utworzenia Włoskiej Republiki Socjalnej (RSI). We wrześniu 1943 roku wojska niemieckie zajęły północne Włochy i ufortyfikowały pasmo Apeninów, tworząc tak zwaną Linię Gotów, ostatnią wielką barierę obronną mającą spowolnić marsz aliantów przez Nizinę Padańską ku północnym Włochom. W latach 1943–1945 okolice Bolonii były intensywnie bombardowane przez aliantów. Celem nalotów były porty, węzły kolejowe i zakłady przemysłowe; przyniosły one wiele ofiar wśród ludności cywilnej i rozległe zniszczenia zabytkowej zabudowy miejskiej.

Z drugiej strony cały region Emilia-Romania, którego stolicą jest Bolonia, był terenem działań włoskiego ruchu oporu. Tworzyło go kilka ugrupowań. Jednym z nich były Brygady Garibaldiego. Ich nazwa wywodziła się od włoskich oddziałów ochotniczych walczących w hiszpańskiej wojnie domowej właśnie pod nazwą Batalionu Garibaldiego. Na tym nowym etapie były to oddziały partyzanckie związane z Włoską Partią Komunistyczną, walczące z wojskami niemieckimi i faszyzmem Włoskiej Republiki Socjalnej, znanej również jako RSI lub Republika Salò. Powstała ona po zajęciu południowych Włoch przez aliantów i wkroczeniu wojsk niemieckich na północ. 25 lipca 1943 roku, w następstwie zamachu stanu, Mussolini został aresztowany, a Hitler zarządził operację specjalną, aby go uwolnić. W ten sposób 23 września 1943 roku na północy Włoch powstało to krótkotrwałe, faszystowskie państwo marionetkowe nazistowskich Niemiec. Choć Mussolini był jego założycielem i jedynym przywódcą, RSI pozostawała pod bezpośrednią kontrolą Niemiec, a ważne decyzje podejmowało nazistowskie dowództwo wojskowe. Siedziba reżimu znajdowała się w Salò, w prowincji Brescia, nad jeziorem Garda. Istniał on do 1945 roku, kiedy został obalony przez włoski ruch oporu. Zwolenników RSI nazywano „reppublichini”.

Cel pozostawał zawsze ten sam: organizować zbrojny opór przeciw faszyzmowi i niemieckiej okupacji poprzez sabotaż, ataki na kolumny wojsk nieprzyjaciela i współdziałanie z aliantami. W latach 1944–1945 siła partyzantów znacznie wzrosła i odegrała decydującą rolę podczas wspomnianego powstania w kwietniu 1945 roku.

Choć wykracza to poza ramy czasowe naszej opowieści, musimy wspomnieć, jak zakończyły się wydarzenia, których początki przypadały na ostatnie dni życia ks. Capellego. W kwietniu 1945 roku aliancka 15. Grupa Armii rozpoczęła na Nizinie Padańskiej ostateczną ofensywę, nazwaną operacją „Grapeshot”. Walki skupiły się wokół Bolonii, od której wzięła nazwę bitwa trwająca od 9 do 21 kwietnia 1945 roku. Tego ostatniego dnia Bolonia została wyzwolona, także dzięki wybitnemu udziałowi żołnierzy 2. Korpusu Polskiego, wchodzącego w skład brytyjskiej 8. Armii, oraz jednostek brytyjskich, amerykańskich i włoskich. W powstaniu w mieście uczestniczyły również miejscowe oddziały partyzanckie. Upadek Bolonii otworzył drogę do przekroczenia Padu i szybkiego zajęcia północnych Włoch aż do kapitulacji Niemców.

3. Proboszcz Burzanelli: ks. Luigi Tommasini

Wracamy do miejsca, w którym pozostawiliśmy kronikarza scholastykatu, czyli do 6 lipca 1944 roku. Tego dnia zakonnicy ze wspólnoty sercańskiego scholastykatu opuścili Castiglione z tych samych względów bezpieczeństwa, które wcześniej wiązały się z alianckimi bombardowaniami Bolonii. Pod przewodnictwem przełożonego, ks. Lorenza Ceresolego, znów się przenieśli, tym razem do Burzanelli, liczącej wówczas około 790 mieszkańców i odciętej od wszelkich środków komunikacji.

Miejscowy proboszcz przyjął liczną, młodą wspólnotę i udostępnił jej dwa pomieszczenia obok dzwonnicy kościoła parafialnego, przeznaczone na sypialnie dla szesnastu scholastyków. Nazywał się ks. Luigi Tommasini.

Urodził się 1 czerwca 1909 roku w Minerbio w regionie Emilia-Romania. W 1943 roku mieszkał w Camugnano, około sześciu kilometrów od Burzanelli. Wychowany w regionie dotkniętym ubóstwem po I wojnie światowej, do osiemnastego roku życia pracował jako stolarz. Potem postanowił wstąpić do seminarium, a 11 września 1939 roku przyjął święcenia kapłańskie. Kardynał Giovanni Battista Nasalli Rocca mianował go proboszczem Burzanelli w gminie Camugnano. Objął tę funkcję 19 listopada 1939 roku.

Rok później, kiedy Włochy były już zaangażowane w konflikt zbrojny, został wezwany na przesłuchanie przez policję z powodu słów uznanych za „nierozważne”, które wypowiedział podczas ogłaszania wypowiedzenia wojny. Za radą swojego kardynała arcybiskupa zgłosił się do posługi kapelana wojskowego, lecz jego podanie odrzucono.

W 1941 roku radził parafianom niechętnym służbie wojskowej, aby zgłaszali się jako ochotnicy do zmilitaryzowanej pracy w Niemczech. W urzędzie pracy w Bolonii uzyskał oficjalne zezwolenie na ich werbunek. Jednocześnie interweniował w dowództwie wojskowym, starając się o zwolnienie niektórych parafian ze służby.

29 stycznia 1942 roku wyjechał więc do Saarbrücken w Niemczech jako kapelan tych zmilitaryzowanych robotników. Tam, broniąc pracowników, popadł w konflikt z faszystowskimi delegatami związkowymi i niemieckimi zarządcami. Kosztowało go to areszt domowy w Neustadt i Heidelbergu, nałożony 25 lipca 1943 roku.

8 września postanowił wrócić do Włoch, unikając niemieckiego pociągu przygotowanego dla powracających Włochów. Wykorzystując zamieszanie wywołane nalotem, zdołał przekroczyć granicę, a następnie pieszo lub przygodnymi środkami transportu dotarł do Borgo Panigale. Stamtąd wrócił taksówką do Burzanelli.

Wobec rozwoju wydarzeń na terenie swojej parafii obrał drogę, której poznanie będzie bardzo ważne dla zrozumienia wielu późniejszych przeżyć ks. Marcina.

Pewnej nocy proboszcz zebrał parafian, aby zorganizować obronę wsi. Radził im odpowiedzieć na wezwanie RSI, a potem uciec z bronią w góry. Tak powstały pierwsze grupy zbrojne, o których działalności stale się informował. Za jego radą pod jednym z pobliskich wzgórz zbudowano nawet schron przeciwlotniczy.

Sercańscy scholastycy nie byli pierwszą grupą przyjętą przez ks. Luigiego. Zimą 1943 roku na plebanii zatrzymała się grupa Żydów z Bolonii. W lutym 1944 roku niemieckie dowództwo przesłuchiwało go, chcąc ustalić, czy w okolicy są Żydzi lub partyzanci.

Wiosną 1944 roku, wobec rosnącej liczby partyzantów, zwrócił się o pomoc do wojskowych, którzy mogliby ich szkolić. W ten sposób ostatecznie związał się z brygadą Stella Rossa, dowodzoną przez Maria Musolesiego. Zręcznie manewrując między faszystami a Niemcami, zdołał przekonać niemieckie dowództwo, aby zatrudniło jak najwięcej więźniów przy budowie drogi do Monte Acuto Ragazza w gminie Camugnano. Jednak od wiosny i lata 1944 roku działania grup partyzanckich przysparzały poważnych trudności.

19 lipca 1944 roku, kiedy sercańscy scholastycy przebywali w Marzabotto, naziści i faszyści przeprowadzili wielką obławę po zabójstwie szwagierki miejscowego przywódcy partii faszystowskiej. Proboszcz interweniował wtedy w niemieckim dowództwie stacjonującym w Castiglione dei Pepoli, zabiegając o uwolnienie zatrzymanych. Nastąpiło ono 22 lipca.

26 września 1944 roku dowiedział się o zbliżającym się ataku niemieckim, którego kulminacją miała być później masakra w Marzabotto. Przekazał tę wiadomość Musolesiemu, który ją zignorował, oraz współbraciom w kapłaństwie, proboszczom z okolicy: ks. Ferdinandowi Casagrandemu, ks. Ubaldowi Marchioniemu i ks. Giovanniemu Fornasiniemu. Woleli oni pozostać ze swoimi parafianami i zapłacili za to życiem. Natomiast 27 września 1944 roku ks. Tommasini wraz z 2000 parafian opuścił Burzanellę i udał się do Monte Acuto Ragazza, przekraczając linię frontu.

Zanim jednak doszło do tych wszystkich wydarzeń, urszulanki mieszkające obok wspólnoty sercanów udostępniły zakonnikom strych, który przystosowano do zamieszkania. Jednocześnie przestrzeń pod schodami urządzono jako spiżarnię i kuchnię. Kościół parafialny stanowił centrum życia liturgicznego i duchowego wspólnoty. Na plebanii przygotowano refektarz oraz dwa oddzielne pokoje dla wiceprzełożonego, ks. Enrica Agostiniego, i jednego z wykładowców, młodego ks. Marcina Capellego.

Od 17 czerwca do 4 lipca ks. Marcin głosił kazania w parafii innej małej miejscowości w okolicy, oddalonego o około dwanaście kilometrów Poggio di Veggio.

Jednak 6 lipca, kiedy reszta młodej wspólnoty wyruszyła do Burzanelli, ks. Marcinie pojechał z nią, choć przygotowano już dla niego pokój. Postanowiono, że zostanie jeszcze kilka dni w Castiglione dei Pepoli, aby zająć się przewiezieniem pozostałego dobytku wspólnoty. Tak więc tej nocy ks. Capelli pozostał sam…

4. Tamta samotna noc

Zjadł niewiele i szybko… W domu wszystko było już puste albo spakowane. Pozostał tylko stół, na nim lampa oliwna, i jego Biblia. Wziął ją do rąk. Dziś nie będzie mu już potrzebna do przygotowywania kazań.

Wobec tego, co działo się wokół, wszystko, co w ostatnich miesiącach napełniało jego serce goryczą, wydawało się błahe. Po święceniach kapłańskich musiał jeszcze ukończyć czwarty rok teologii. Ponadto mianowano go „prefektem generalnym”, co oznaczało koordynowanie pracy przedstawicieli poszczególnych roczników i pośredniczenie między przełożonymi a scholastykami… A on miał już trochę dość rozkładów dnia i rytmu studenckiego życia! Czuł się skrępowany, a przecież był kapłanem! Chciał pełnić swoją posługę. Odczuwał nawet powołanie misyjne.

Jako człowiek z północy był raczej praktyczny i marzył o wyjeździe na misje do Afryki lub Chin. Powodem było to, że 28 marca 1939 roku Kongregacja Propaganda Fide powierzyła włoskiej prowincji SCJ misję na autonomicznym terytorium Junnanu, przy granicy z Birmą i Laosem, w ówczesnej prefekturze apostolskiej Tali. Dziś jest to diecezja licząca 6000 katolików. Co ciekawe, jej katedra jest pod wezwaniem Najświętszego Serca Jezusowego.

Przypominał sobie słowa listu do rodziny: „Jestem bardzo szczęśliwy w scholastykacie i mam nadzieję wyjechać na misje, do Afryki albo do Chin. Módlcie się w tej intencji: jakiż to będzie dla was zaszczyt mieć brata misjonarza!”. 28 czerwca 1939 roku napisał do ówczesnego prowincjała, ks. Giovanniego Zagarii, prosząc o wyjazd do Chin.

Te drzwi miały się jednak wkrótce zamknąć. Różne okoliczności sprawiły, że ostatecznie żaden sercanin nie wyjechał do Chin. Ks. Marcin wciąż wracał myślami do wielkiego rozczarowania, którego doświadczył.

Nie Chiny, ale też nie Afryka. Przełożeni obserwowali bardzo pomyślny rozwój intelektualny Marcina. Miejsce ucznia, który wolno przyswajał wiedzę, a szybko zaczynał psocić na lekcjach, zajął wzorowy Mikołaj z bardzo wysokimi ocenami. Może więc wydawać się logiczne, że ostatecznie skierowano go do… Rzymu.

27 października 1939 roku wsiadł do pociągu jadącego do stolicy kraju, który od niespełna dwóch miesięcy znajdował się w stanie wojny.[1] Studiował Pismo Święte i historię Kościoła w Papieskim Instytucie Biblijnym oraz Papieskim Ateneum Propaganda Fide, znanym dziś jako Uniwersytet Urbaniana. Uczelnię tę utworzono właśnie w celu przygotowywania misjonarzy. Drzwi do misji nie zostały całkowicie zamknięte!

Wciąż z czułością trzymał swoją Biblię i się uśmiechał. Jej studiowanie go zafascynowało, zwłaszcza ze względu na wymagania i rygor tej dyscypliny. Sądził, że jest skazany na zatonięcie w morzu papierów i książek, a tymczasem znalazł się w środku pasjonującej wymiany kulturowej, wśród niezwykłych ludzi.

Podczas gdy większość Europy doświadczała walk i triumfu śmierci, w Rzymie „cały świat” studiował i zawiązywał braterskie więzi. „Włosi, Polacy, Francuzi, Anglicy, Niemcy, Węgrzy, Szwajcarzy, Amerykanie, Brazylijczycy, Kanadyjczycy, Afrykanie, Azjaci, Chińczycy, Hindusi, Syryjczycy, Hiszpanie. Kosmopolityczny Rzym. Rasy, języki, kultury. Religie, idee twarzą w twarz” — pisał w jednym z listów.

W Rzymie zaczął dostrzegać, słyszeć i namacalnie poznawać wielkie dramaty, które go otaczały. Zainteresował się losem żołnierzy wyruszających na front i więźniów. Miał dwadzieścia siedem lat i z dobrego zakonnika oraz nauczyciela miał stać się zakonnym kapłanem świadomym swoich czasów, zdolnym podejmować ich wyzwania.

Po uzyskaniu licencjatu z teologii ks. Marcin Capelli wrócił do Bolonii 20 lipca 1942 roku. Miał jednak ponownie udać się do Rzymu, aby w roku akademickim 1942–1943 uczęszczać do Watykańskiej Szkoły Paleografii.

Tyle wspomnień! Leżąc na prowizorycznym posłaniu, które przygotował sobie na te dwie noce, zgasił lampę i z Biblią na kolanach zapadł w głęboki, choć niespokojny sen.

5. Aresztowanie i egzekucja partyzantów

Nadeszła pora, by ks. Capelli wsiadł do ciężarówki, którą udało mu się wynająć. W sobotę 8 lipca po południu dotarł do Burzanelli, przywożąc resztę dobytku wspólnoty. Następny dzień spędził we wsi. Powierzono mu przewodniczenie nieszporom w parafii, po których nastąpiło uroczyste błogosławieństwo eucharystyczne.

Potem nadeszło święto Matki Bożej z Góry Karmel, przypadające w tamtym roku w niedzielę. Najpierw odbyła się procesja z wizerunkiem Najświętszej Maryi Panny, a podczas następującej po niej uroczystej Mszy świętej ks. Capelli pełnił funkcję subdiakona. Obchody zakończył śpiew Te Deum w wykonaniu młodej wspólnoty sercańskiej. Tego samego dnia przełożony, ks. Lorenzo Ceresoli, wrócił do Castiglione, wcześniej jednak zachęcił współbraci, aby „dawali dobry przykład semper, omnibus, ubique”, czyli zawsze, wszystkim i wszędzie.

Ci młodzi zakonnicy i ich przełożeni mieli nadzieję znaleźć w Burzanelli trochę ciszy i spokoju wobec narastającej atmosfery wojny. Nie było im to jednak dane: stali się świadkami licznych aktów przemocy, represji i doraźnych egzekucji. Jeszcze tego samego popołudnia po raz pierwszy zetknęli się z grupą partyzantów, którzy jechali konno, z karabinami, i śpiewali: „Gdy Włochy będą wolne, a niewola zapomniana, wtedy faszystów już nie będzie i wszyscy będziemy braćmi w pracy; wtedy podziękujecie tym, których niegdyś zwano buntownikami”. Było to doskonałe podsumowanie ówczesnej sytuacji wewnętrznej kraju.

To pierwsze spotkanie sygnalizowało, że okolica była już właściwie pełna oddziałów partyzanckich. W krótkim czasie stała się miejscem częstych starć z „repubblichini” z RSI oraz niemieckimi siłami zbrojnymi: najpierw z wojskami regularnymi, a następnie z formacjami paramilitarnymi SS.

Rankiem we wtorek 18 lipca rozległy się strzały z karabinów i broni maszynowej. Oddział niemieckich żołnierzy Wehrmachtu otoczył Burzanellę i spalił kilka domów, które dawały schronienie buntownikom. Ponadto podczas obławy schwytano pięć osób. Jedną z nich był dumny młodzieniec, zakrwawiony wskutek odniesionych ran, ze złamaną ręką podwieszoną na chuście. Dwaj inni młodzi mężczyźni nieśli na plecach nieprzytomnego starca, a piąty zatrzymany również był ranny. Pomimo groźnych gestów niemieckich żołnierzy młodzi sercanie patrzyli z okien swoich pokoi, jak prowadzono zatrzymanych na łąkę w pobliżu plebanii. Widząc, co się dzieje, ks. Capelli zawołał: „Oni naprawdę ich zabijają, musimy wyjść, musimy coś zrobić!”.

Tymczasem niemieccy żołnierze zaprowadzili zatrzymanych na plac przed kościołem. Tam, po lewej stronie plebanii, natychmiast rozpoczął się sąd doraźny. Przybył niemiecki dowódca w otoczeniu żołnierzy. Wiceprzełożony, ks. Enrico Agostini, i ks. Marcin Capelli podeszli do niego i obaj prosili o litość dla tych ludzi. Rozprawa jednak się rozpoczęła. W jej wyniku trzech zwolniono, ponieważ nie oddali żadnych strzałów i oświadczyli, że są wolnymi obywatelami, natomiast dwóch młodych mężczyzn skazano na śmierć.

Ks. Agostini, wspierany przez ks. Marcina, ponawia błagania o łaskę, ale dowódca odrzuca je słowami: „Keine Gnade! Keine Gnade!” („Żadnej litości!”). I rzeczywiście, zostali rozstrzelani. Wcześniej jednak, tym razem z inicjatywy ks. Capellego, obaj kapłani interweniowali z narażeniem własnego życia, domagając się, aby skazanym pozwolono się wyspowiadać. Młodzieńcy uklękli: jeden spowiadał się u ks. Capellego, drugi u proboszcza, ks. Luigiego Tommasiniego, który również przybył na miejsce.

Ks. Agostini widział, jak przed egzekucją ks. Capelli objął i ucałował obu skazańców. Strzał z bliska w kark zakończył ich życie. Jeden z nich zdążył jednak zawołać przed śmiercią: „Umieram za ideę. Pomścijcie mnie!”.

Kilku scholastyków, którzy oglądali tę scenę z okna plebanii, zebrało się na modlitwie za dusze skazanych. Ks. Capelli i brat Pietro Di Paolo przykryli oba ciała prześcieradłem. Tymczasem o godzinie 11.00 wojska niemieckie opuściły Burzanellę.

To pierwszy znany nam epizod, który miał później zaważyć na biegu wydarzeń. Można powiedzieć, że był to ryzykowny gest duszpasterski, choć wypływający z miłości, który zwrócił na ks. Marcina baczną uwagę wojsk okupacyjnych. Rzeczywiście, ten pierwszy gest zrodził w sercu ks. Capellego wiele pytań. Najważniejsze brzmiało: czy Niemcy uznają jego interwencję za przejaw współpracy z ich wrogami?

Nadchodzi wiadomość o śmierci dwóch kolejnych mężczyzn. Po obiedzie proboszcz Tommasini, ks. Capelli, brat Oliviero Girardi i brat Michele Corradini wyruszają na poszukiwanie ich ciał, ale znajdują tylko jedno. Wieczorem do wsi przybywają partyzanci. Zabierają ciało zmarłego, przenoszą je na cmentarz i czuwają przy nim przez całą noc.

Nazajutrz o 5.30 rano uporczywe pukanie do drzwi plebanii poprzedza rozkaz stawienia się u władz z dokumentami tożsamości. W ciągu dnia aresztowanych zostaje kilkunastu mężczyzn. Faszyści opuszczają wieś o godzinie 22.00.

Stopniowo ks. Capellego ogarnia niepokój. Poczucie zagrożenia dla siebie i wspólnoty młodych zakonników w Burzanelli skłania go do decyzji: opuszcza to miejsce, przynajmniej na jakiś czas, i przenosi się samemu na plebanię w Pioppe di Salvaro, do przyjaciela, ks. Fidenza Melliniego. Czyni to w czwartek 20 lipca.

6. Pioppe di Salvaro: dołącza ks. Elia Comini SDB

20 lipca 1944 roku ks. Capelli wyruszył do Pioppe di Salvaro. Nie podróżował sam: towarzyszyli mu bracia Remo Canal i Romano Boschetti, którzy pomagali nieść bagaż i wrócili tego samego popołudnia. Pioppe di Salvaro leży zaledwie 24 kilometry od Burzanelli i 30 kilometrów od Bolonii. Przez miejscowość przepływa rzeka Reno.

Przyjął ich tam proboszcz i archiprezbiter, prałat Fidenzo Mellini. Był już w podeszłym wieku i poprosił ks. Capellego o pomoc w posłudze podczas letnich miesięcy. Archiprezbiter częstuje przybyłych skromnym posiłkiem na plebanii, po którym obaj scholastycy wracają do Burzanelli. Po drodze stają się uczestnikami drobnego zdarzenia, które będzie miało pewne znaczenie w najbliższej przyszłości.

Posiłek musiał być istotnie bardzo skromny, skoro młodzieńcy, zajęci skubaniem surowych ziaren pszenicy z kłosów, pomylili drogę i zabłądzili w lesie. Tam natknęli się na grupę partyzantów, którzy na ich widok wymierzyli w nich karabiny. Po przesłuchaniu pozwolili im odejść, wskazując ścieżki do Burzanelli. Wcześniej jednak zalecili im, aby zapewnili godny pochówek ich poległym towarzyszom. Tak też uczynili po dotarciu do Burzanelli: wzięli udział w pogrzebach zmarłych, a potem dołączyli do wspólnoty.

Przeniesienie się ks. Capellego, mimo szczególnej sytuacji tamtego czasu, rodzi ważne pytanie wynikające z jego przynależności zakonnej: jak, dlaczego i kto zdecydował o zmianie miejsca zamieszkania? Trzeba je podjąć właśnie teraz, przede wszystkim dlatego, że po śmierci niektórzy przypisywali mu nieposłuszeństwo i twierdzili, iż to, co go spotkało, było jego skutkiem.

Biorąc pod uwagę przekazany nam portret jego duchowości i osobowości, sam fakt bycia zakonnikiem oraz ówczesne okoliczności trudno uznać za wiarygodne, by ks. Capelli podjął tę decyzję samowolnie. Nie ma rzetelnych i pewnych informacji wskazujących na obiektywny akt nieposłuszeństwa tego zakonnika, dlatego skłaniamy się ku temu, że decyzja została podjęta za zgodą przełożonych.

W piątek 21 lipca ks. Marcin odprawił pierwszą Mszę świętą w nowym miejscu. Zachowały się pewne świadectwa pisane dzięki zakonnicy, która mieszkała wówczas we wsi i w swoich wspomnieniach zwykła odnotowywać liczbę Mszy odprawianych codziennie w parafii. Stąd wiemy z pewną dozą pewności, że ks. Capelli przebywał we wsi 25, 26, 30 i 31 lipca, a także 1, 2, 3 i 15 sierpnia. W jaki sposób? Kiedy zakonnica pisze „jedna Msza” albo „dwie Msze”, oznacza to, że we wsi był odpowiednio jeden kapłan, proboszcz, albo dwóch: proboszcz i ks. Marcin. Gdy zaś zapisuje „trzy Msze”, znaczy to, że dołączył trzeci ksiądz. W ten sposób pojawia się przyszły towarzysz męczeństwa ks. Capellego, salezjanin ks. Elia Comini.

Elia Comini urodził się 7 maja 1910 roku w Calvenzano, w prowincji Bolonia. W 1914 roku jego rodzina przeniosła się do osady Casetta, należącej do parafii Salvaro. Jej proboszcz, prałat Fidenzio Mellini, znał św. Jana Bosko w Turynie. To właśnie święty powiedział Melliniemu, że zostanie księdzem. Ks. Fidenzo znał więc ks. Elię od dawna i śledził jego drogę powołania. Po nowicjacie w Castel de Britti Elia złożył pierwsze śluby zakonne w 1926 roku. W tym samym roku zmarł ojciec młodego salezjanina, a archiprezbiter stał się dla niego drugim ojcem. 16 marca 1935 roku przyjął święcenia kapłańskie. Ks. Comini został skierowany do szkół salezjańskich w Chiari i Treviglio, gdzie wyróżniał się serdecznością, dobrocią i uśmiechem.

Choć odległości między osadami w okolicach Pioppe di Salvaro sprawiały, że praca na terenie parafii była dość męcząca, stała obecność obu młodych księży pozwalała ks. Capellemu przyjmować różne zaproszenia do głoszenia kazań, kierowane do niego przez okolicznych proboszczów.

Ks. Marcin nadal żyje w napięciu między dwoma pragnieniami. Z jednej strony jest wędrownym kaznodzieją, który bez wahania przemierza góry i doliny, przynaglany gorliwością głoszenia słowa Bożego. Z drugiej — powściągliwym, milczącym zakonnikiem, odczuwającym w swojej sercańskiej duszy wezwanie do kontemplacji i poświęcania czasu głębokiej modlitwie, zwłaszcza rozmyślaniu i adoracji eucharystycznej, które wymagają pewnej stałości miejsca.

Zwróciło to uwagę jeszcze jednej osoby, która znalazła schronienie na plebanii: nauczycielki szkoły podstawowej w Pioppe di Salvaro. Przerażona bombardowaniami Bolonii, gdzie mieszkała, postanowiła pozostać we wsi. Posunęła się do stwierdzenia, że patrząc na ks. Capellego, „zrozumiała, iż jego misja miała inny charakter, a ból, jaki odczuwał wobec ludzkiego cierpienia, był nieustanną ofiarą: był niemal żywym męczennikiem”.

I rzeczywiście, jego godzina się zbliżała. W niedzielę 23 lipca wojska niemieckie znajdowały się trzy kilometry od wsi, w Malfolle. Dokonały tam jednego z licznych odwetów za ataki partyzantów. Z broni maszynowej rozstrzelano dziesięciu mężczyzn i spalono kilka gospodarstw w tej małej miejscowości, a także w górach w pobliżu Pioppe di Salvaro.

Wydarzenie to zapoczątkowało kolejny etap działalności ks. Capellego. Od tego dnia ks. Marcin poświęcił się ukrywaniu mężczyzn z Pioppe di Salvaro. Przerażeni, szukali schronienia w kościele i na plebanii przed obławami, które Niemcy rozmieszczeni w górach uporczywie przeprowadzali, gdy zorientowali się, że mężczyźni opuścili domy, aby uniknąć pewnej śmierci lub deportacji.

Wydaje się jednak, że sierpień przyniósł okres względnego spokoju. W uroczystość Wniebowzięcia ks. Capelli wyrusza głosić kazania w San Martino di Casaglia di Caprara, gdzie proboszczem jest ks. Ubaldo Marchioni. Ścieżki raz po raz prowadzą przez lasy. Wie, że kontrolują je partyzanci. Zgodnie ze swoją taktyką zwykli pokazywać się z pokaźnym uzbrojeniem, aby budzić strach. Tak też wchodzili do domów chłopów, przy okazji dając im wyraźnie do zrozumienia, że nie będą tolerować żadnej współpracy z niemieckimi najeźdźcami ani włoskimi faszystami. Znajomy niepokój i najzwyklejszy strach powróciły do serca ks. Capellego… Jak zapanować nad tymi uczuciami? W głowie rozbrzmiewało mu jedno słowo: „Nembro”.

7. Powołanie ks. Marcina

Nembro to rodzinna miejscowość ks. Marcina. Leży w prowincji Bergamo i liczy obecnie około 11 000 mieszkańców. Było to miejsce prostych, pracowitych ludzi, w którym przyszedł na świat Mikołaj Capelli. Stało się to o siódmej rano 20 września 1912 roku. Jego matką była Maria Teresa Bonomi, druga żona jego ojca, Marcina, z zawodu stolarza. Dwa dni później, na chrzcie, nowo narodzony syn otrzymał imię Mikołaj (Nicola), do którego dodano imię Józef (Giuseppe).

W pierwszych latach życia dzielił los tak wielu Europejczyków z początku XX wieku: wielkie ubóstwo, zbyt wiele ust do wykarmienia w rodzinie, a zarazem ogromną miłość i ducha ofiary u rodziców. Jest bardzo prawdopodobne, że przyczyną przedwczesnej śmierci jego matki Teresy było niedożywienie.

Dwie siostry Mikołaja, Pierina, już za życia ciesząca się opinią świętości, oraz Marta, stanowcza i zdecydowana, złożyły śluby zakonne i wyjechały do Francji. Nic więc dziwnego, że Mikołaj od najmłodszych lat również przejawiał naturalną skłonność do służenia innym. Wyrażała się ona w drobnych przysługach, takich jak przynoszenie wody czy załatwianie sprawunków — oczywiście w zamian za kromkę chleba.

Towarzyszył też matce, kiedy opanowywało ją zmęczenie lub choroba. W takich chwilach przekazywała mu swoją wiarę, miłość do Pana i Najświętszej Maryi Panny oraz umiejętność uśmiechania się pośród trudu i bólu. Przyszły ks. Marcin nigdy nie zapomniał pogody ducha płynącej z umiejętności godnego znoszenia cierpienia. Nieprzypadkowo więc Mikołaj zachował głęboką pobożność maryjną i zawsze wzywał Maryję jako Matkę Bożą Bolesną. Po śmierci rodzonej matki miała stać się jego nową Matką, on zaś uważał się za Jej ucznia w szkole bólu i miłości. Ten wymiar miłości przeżywanej w cierpieniu, czy też cierpienia przyjmowanego w miłości i z miłości, ukształtował w nim wrażliwość, którą później odnalazł również u sercanów, w zgromadzeniu o duchowości wynagradzającej i ofiarnej. W jego duchowym portrecie można wyróżnić następujące rysy:

  • nić jego życia splata pragnienie bycia kapłanem, misjonarzem i męczennikiem;
  • pragnienie męczeństwa nie jest pustym porywem, lecz stałym elementem jego życia: odnawia je kilkakrotnie, a w pismach duchowych powraca ono jako cel, do którego dąży;
  • jego drogę kształtuje szczególne nabożeństwo do Matki Bożej Bolesnej, którą tyle razy spotykał i na nowo odkrywał w ukochanym sanktuarium Madonna dello Zuccarello w rodzinnym Nembro.

Nie ma jednak lepszego sposobu, by sprawdzić i zrozumieć te słowa, niż lektura jego pism duchowych, zamieszczonych w końcowym aneksie tego tomu i opatrzonych odpowiednim komentarzem.

U Mikołaja zdumiewa jego wczesne, zdecydowane i całkowite zwrócenie się ku Bogu. Już jako dziecko okazywał wielką miłość do Mszy świętej: nalegał, by uczestniczyć w niej codziennie, nawet gdy rano trudno mu było nie zasnąć. Z czasem stał się wzorowym ministrantem.

Pogodny i żywy Mikołaj potrafił spontanicznie się bawić, ale zawsze zachowywał pewną powściągliwość i skłonność do skupienia, które wyróżniały go nawet podczas zabaw. Nie przestawał się śmiać i żartować, a jednak jego zachowanie odznaczało się dojrzałością niezwykłą jak na jego wiek.

Matka była świadkiem przedwcześnie ujawnionego, tajemniczego pragnienia całkowitego daru z siebie: kiedy czytała z małym Mikołajem opis męki Jezusa, chłopiec wzruszał się do łez i wyrażał pragnienie, by umrzeć tak jak Chrystus.

W tym rodzinnym środowisku zaczęło więc zakorzeniać się jego powołanie do pójścia za Panem. Dla ubogiej rodziny odpowiedź na to powołanie znajdowała się stosunkowo blisko: w Albino. Linia kolejowa, która przyniosła okolicy pewien dobrobyt, umożliwiła Mikołajowi wstąpienie do Szkoły Apostolskiej Księży Najświętszego Serca Jezusowego. Placówkę założono w 1907 roku obok niewielkiego kościoła poświęconego Matce Bożej z Guadalupe, szczególnie czczonej w Meksyku. Oferowała formację religijną i naukę młodzieńcom pragnącym życia zakonnego.

Mikołaj przybył do Albino w wieku dwunastu lat wraz z bratem Antonim, który odszedł po trzech dniach. Towarzyszyły im matka i siostra. Kiedy znalazł się we właściwym środowisku, jego wyniki w nauce wyraźnie się poprawiły. W Albino odnalazł harmonię: czuł się u siebie. Sprzyjało to szczeremu i głębokiemu procesowi formacji, w którym ujawniły się też postawy wymagające poprawy.

Smutne wydarzenie zmusiło go jednak do szybkiego dojrzewania: 30 kwietnia 1925 roku, gdy miał trzynaście lat, jego ojciec nagle zasłabł na ulicy i zmarł. Od tej chwili przechodził trudny okres, który wymagał cierpliwości i zrozumienia wychowawców. Nadal wierzyli w jego możliwości, nawet gdy Mikołaj był roztargniony, niedbały i gadatliwy. Jednym słowem — buntowniczy. Niektórzy nauczyciele potrafili jednak dostrzec jego szczerość i autentyczne powołanie.

Dzięki własnemu wysiłkowi i otrzymanemu wsparciu Mikołaj poprawił się i ukończył naukę z doskonałymi wynikami. 21 czerwca 1929 roku znalazł się więc wśród szesnastu młodzieńców — spośród czterdziestu sześciu, którzy rozpoczęli naukę w Szkole Apostolskiej — przyjętych do nowicjatu.

Pośród lęku, z jakim teraz przemierzał leśne ścieżki, pojawiała się postać matki, aby go pocieszyć i przywołać w pamięci siły, które uczyniły go tym, kim był, i takim, jaki był. Liście zaczynały nabierać brunatnej barwy, która mówi o dojrzałości, o nadziei Wielkanocy…

Jesień 1944 roku

8. Uwertura: kapłani z Monte Sole

Ks. Ubaldo Marchioni

Po południu 7 września ks. Capelli wyruszył w dziesięciokilometrową drogę do Casaglia di Caprara, odpowiadając na zaproszenie do głoszenia kazań podczas przypadającego nazajutrz święta Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Uroczystość odbywała się w zniszczonym dziś kościele św. Marcina, świętego, którego imię przyjął w zakonie. Był już w tej małej miejscowości 15 sierpnia. Ponownie zaprosił go nowy proboszcz, kierujący parafią od siedmiu miesięcy: ks. Ubaldo Marchioni.

Także ten kapłan zasługuje na osobne wspomnienie. Urodził się 19 maja 1918 roku w Vimignano w gminie Grizzana, a w 1943 roku mieszkał w Marzabotto jako proboszcz San Martino. Jego powołanie kapłańskie dojrzewało wcześnie: w 1930 roku wstąpił do filii seminarium archidiecezjalnego w Borgo Capanne w gminie Granaglione, a później ukończył okres diakonatu w Villa Revedin w Bolonii. Ostatecznie przyjął święcenia kapłańskie w 1942 roku, a 29 czerwca tego samego roku odprawił pierwszą Mszę świętą w rodzinnej miejscowości.

Jako wikariusz parafii Monzuno, na rok przed dniem, w którym zatrzymaliśmy opowieść o życiu ks. Capellego, pomagał już rozproszonym żołnierzom, a wobec zagrożenia rabunkami współdziałał w ratowaniu zapasów żywności. Co więcej, pod koniec października 1943 roku w zakrystii kościoła w Vado w gminie Monzuno uczestniczył w pierwszych spotkaniach, podczas których postanowiono z jednej strony utworzyć partyzancką brygadę Stella Rossa Lupo, a z drugiej zorganizować spółdzielnię spożywców, aby zaspokajać potrzeby najuboższej ludności.

W styczniu 1944 roku, mimo powagi sytuacji, arcybiskup Bolonii, kardynał Nasalli Rocca, postanowił zmienić granice parafii. 27 lutego 1944 roku wyznaczył ks. Ubaldowi nową placówkę. Ks. Ubaldo poprosił o parafię San Martino di Caprara i ją otrzymał; objął ją 23 marca 1944 roku. Na plebanii zamieszkali wraz z nim ojciec Augusto, matka Antonietta i młodsza siostra Marta. Między nowym proboszczem a parafianami natychmiast zrodził się klimat współpracy i solidarności, częściowo także za sprawą niezwykłych i strasznych okoliczności tamtych dni.

Choć brygada Stella Rossa Lupo już działała w okolicy, należało zacieśnić więzi z partyzantami, którym młody ksiądz starał się pomagać, których chronił i wspierał. Było jednak coś, czego ks. Ubaldo nie mógł znieść ani zaakceptować: bratobójcze walki między Włochami, pociągające za sobą nieustanne represje.

Jak już zaznaczyliśmy, były to dni częstych walk zarówno na nizinach, jak i w górach. Niestrudzony ks. Ubaldo starał się odwiedzać wszystkich; w tamtym czasie zdołał też dotrzeć rowerem do rodzinnej miejscowości. Spotyka tam inną siostrę, najstarszą Marię, i wuja kapucyna, ojca Maura. Zwierza mu się ze wszystkich niepokojów i obaw o los swoich ludzi oraz własne bezpieczeństwo, lecz pozostaje niezłomny w postanowieniu, by nie opuszczać powierzonej sobie owczarni.

Wybiegamy naprzód, ale później przyjrzymy się tym wydarzeniom dokładniej. Wojska niemieckie otaczają cały obszar Monte Sole, gdzie leżą wszystkie te małe miejscowości o osobliwych nazwach, które pojawiają się w naszej opowieści. Zaskoczeni partyzanci tracą wielu towarzyszy, w tym dowódcę Maria Musolesiego, zwanego „Lupo”. Niektórym udaje się uciec, lecz właśnie wtedy staje się jasne, że plan wojskowy zakładał nie tylko pokonanie Stella Rossa, ale również „oczyszczenie” strategicznego obszaru z wszelkiej ludzkiej obecności. W przepełnionej przemocą nazistowskiej mentalności oznaczało to skierowanie działań przeciw bezbronnej ludności cywilnej.

29 września wybuchają nazistowskie represje. Tego dnia ks. Ubaldo gromadzi mieszkańców w kościele San Martino i zachęca ich do przyjęcia sakramentów. Następnie postanawia udać się do Cerpiano przez Santa Maria di Casaglia w gminie Marzabotto, aby rozdać konsekrowane Hostie przechowywane w tabernakulum, obawia się bowiem ich sprofanowania. Kiedy przybywa, zastaje prawie sto zgromadzonych osób, przerażonych i drżących. Odmawia z nimi różaniec i rozdaje Komunię świętą. Jeszcze podczas modlitwy przybywają oddziały nazistowskie. Wyłamują drzwi i zmuszają wszystkich do wyjścia oraz udania się na cmentarz, wcześniej zabijając sparaliżowaną kobietę i dwie osoby, które schroniły się w dzwonnicy. Ks. Ubaldowi zakazują natomiast towarzyszenia parafianom.

Ks. Ubaldo nadal znajduje się u stóp ołtarza, gdy bez ostrzeżenia padają w jego stronę serie z broni maszynowej, odbierając mu życie. Następnie esesmani próbują podpalić kościół, wcześniej jednak umieszczają obok ciała kapłana tabliczkę z napisem: „Buntownicy, oto wasz los”.

Tymczasem pozostali mieszkańcy zostają zaprowadzeni na cmentarz i stłoczeni pod ścianami kaplicy. Po ustawieniu karabinów maszynowych żołnierze zaczynają strzelać i rzucać w nich granatami. Przeżyją tylko cztery osoby. Cała wieś zostaje podpalona. Nazajutrz w San Martino zginą matka i siostra ks. Ubalda; jedynie jego ojcu uda się uciec.

Pod gruzami kościoła zostaje później odnaleziona puszka z wyraźnymi śladami po kulach. Być może właśnie tę puszkę — a trudno wskazać wiele innych możliwości — ks. Ubaldo trzymał w rękach, kiedy go zabito.

Ta historia stanowi uwerturę do wydarzeń, które mają nadejść. Zakończmy ją przykładem duchowej postawy przenikającej tamte dni. Kiedy dowódca SS odpowiedzialny za opisane wydarzenia stanie przed sądem, poprosi o to, czego sam nigdy nie okazywał: o łaskę przebaczenia. Ojciec ks. Ubalda będzie jedną z czterech osób, które mu przebaczą. Zapytany, jak potrafił przebaczyć, starzec, który stracił żonę i dwoje dzieci, odpowie w swoim dialekcie: „To, co robię, wiem tylko ja!”.

Ks. Ferdinando Casagrande

Innym kapłanem z tej okolicy, zamordowanym w wieku dwudziestu dziewięciu lat, był ks. Ferdinando Maria Casagrande. Urodzony w 1914 roku, ukończył seminarium diecezjalne i regionalne w Bolonii, a święcenia kapłańskie przyjął 16 lipca 1938 roku. Mszę świętą rozpoczynającą posługę w nowej parafii Gugliara-Gardelletta-La Quercia odprawił 30 kwietnia 1944 roku.

Zimą co wieczór prowadził zajęcia dla młodzieży i dzieci, a nawet niektórych dorosłych, z San Martino di Caprara. W sali na plebanii uczył praktycznej rachunkowości, a także wyceny siana, żywego inwentarza i obornika. Pozostał tam do 22 września 1944 roku, kiedy Niemcy podpalili niemal wszystkie domy.

29 września 1944 roku wraz z rodziną został zmuszony do ucieczki również z miejsca zwanego Le Caivane, gdzie Niemcy palili wszystkie domy na zboczu nad Settą. Schronił się za cmentarzem San Martino di Caprara. Do 9 października 1944 roku przebywał tam wraz z innymi ocalałymi jako proboszcz „ukrytej parafii”.

Pośród niebezpieczeństw i niedostatku modlił się i pomagał kobietom, które musiały pełnić funkcję grabarzy. 9 października 1944 roku wraz z siostrą Giulią udał się do niemieckiego dowództwa, aby uzyskać pozwolenie na zmianę schronienia i uniknąć śmierci głodowej. Nie wrócili.

Rodzeństwo Casagrande, po zabójstwie wrzucone do głębokiego dołu, odnaleziono we wzajemnym uścisku. Gdy w maju 1945 roku odnaleziono jego ciało, na karku widoczna była rana po strzale oddanym z przyłożenia, z wylotem przez czoło.

Ks. Giovanni Fornasini

Giovanni Remo Fornasini (1915–1944) urodził się w Pianaccio di Lizzano in Belvedere. Po święceniach kapłańskich, które przyjął 28 czerwca 1942 roku, został 21 sierpnia tego samego roku mianowany proboszczem Sperticano.

Po 8 września 1943 roku stał się duchowym przewodnikiem całego obszaru Monte Sole, gdzie w tamtych miesiącach szukało schronienia wiele wysiedlonych rodzin. Udawało mu się ratować zatrzymanych; mimo zakazu odprawiał pogrzeby ofiar nazistowskiej masakry; doprowadził do uwolnienia zakładników wziętych po wysadzeniu pociągu w tunelu Misa 30 lipca; ofiarowywał siebie w zamian za aresztowanych; pomógł trzem angielskim jeńcom przekroczyć front…

Po zapobieżeniu zniszczeniu Sperticano został zmuszony do przyjęcia esesmanów na plebanii. Sprzeciwił się znęcaniu się przez nich nad dwiema młodymi osobami. Nazajutrz dowódca SS pojawił się jak zwykle w jego domu na śniadaniu i zapytał o „pastora”. Ks. Giovanni wstał, zszedł ze swojego pokoju, wziął brewiarz, kropidło i kilka Hostii, po czym wyruszył do San Martino. Nie wiadomo, co wydarzyło się później: nigdy nie wrócił.

Dowódca powrócił i zasiadł do obiadu. Gdy pojawił się ponownie wieczorem, żona brata kapłana zapytała go: „A proboszcz?”. Odpowiedź kapitana ugodziła jak strzała: „Pastor, kaputt!”. Był 13 października 1944 roku. Ks. Giovanni miał zaledwie dwadzieścia dziewięć lat.

Jego ciało, z głową oddzieloną od tułowia, znalazł brat Luigi 22 kwietnia 1945 roku na cmentarzu San Martino. Dwa dni później pochowano je na cmentarzu w Sperticano. Rok po zaginięciu, 13 października 1945 roku, kapłan spoczął ostatecznie w kościele San Tommaso w Sperticano.

9. Portret kształtującego się ducha

Wracamy do Pioppe di Salvaro. Po południu 11 września rozpoczęły się rekolekcje dla przebywających w parafii sióstr zakonnych. Głoszą je ks. Elia Comini oraz proboszcz i archiprezbiter Fidenzo Mellini. Ks. Marcin Capelli odpoczywa i korzysta z okazji, by nieco uporządkować najnowsze wspomnienia oraz dwie główne siły kształtujące jego ducha.

Po Szkole Apostolskiej w Albino kolejnym etapem był nowicjat w Albisoli. Tam przyjął nowe imię Marcin, otrzymał szkaplerz Najświętszego Serca, czarny sznur do przepasywania sutanny oraz księgę Konstytucji SCJ. Składając pierwszą profesję 23 września 1930 roku, w wieku osiemnastu lat, podpisał się jako brat MarcinaMaria Capelli od Matki Bożej Bolesnej. Widać bardzo silną więź między Najświętszą Maryją Panną a jego osobistą duchowością. Matka Boża Bolesna towarzyszyła mu w Nembro, Matka Boża z Guadalupe — w Albino, a Matka Boża Królowa Nieba, zwana „Madonna dei Poveri”, oczekiwała na niego 6 października 1930 roku w scholastykacie w Bolonii, założonym w 1912 roku przez samego o. Dehona.

Jego droga w latach formacji opierała się na oddawaniu siebie do dyspozycji innych i rozwijała się w dwóch kierunkach: maryjnym oraz męczeńskim. Istotnie, kiedy 29 września 1931 roku zmarła jego matka, pogrążony w bardzo głębokim smutku zwrócił się do Najświętszej Maryi, prosząc, aby odtąd była również jego „Matką w wymiarze doczesnym”.

Jednocześnie coraz mocniej zaczynała dochodzić do głosu myśl o męczeństwie. 10 grudnia 1931 roku uczestniczył w konferencji misyjnej poświęconej męczennikom w Meksyku sprzed dziesięciu lat. Tak bardzo go poruszyła, że zbliżył się do doświadczenia wiary i cierpienia meksykańskich męczenników. Ich historia zabrzmiała w Capellim jak wezwanie do najgłębszego zaangażowania w tajemnicę męki i śmierci Pana Jezusa. A zabrzmiała w duszy z natury nieśmiałej i niepozbawionej lęków. Mówimy to w świetle jego zapisu z 12 grudnia 1931 roku:

O Dziewico, Królowo męczenników meksykańskich, spraw, bym pewnego dnia również i ja został męczennikiem Chrystusa Króla i Twoim, Dziewico Niepokalana. O Mamusiu, piszę do Ciebie ponownie poruszony wczorajszą konferencją na temat umęczonego Meksyku. Jestem pewien, że za wstawiennictwem Twoich męczenników, udzielisz mi tej łaski. Twój syn

br. Marcin M. Capelli

 

Wydaje się, że nie było to tylko emocjonalne poruszenie, lecz głębszy nurt, który już w nim działał. Był jedynym scholastykiem, którego ta konferencja poruszyła w tak szczególny sposób. Zgromadzenie SCJ nie prowadziło formacji ani kierownictwa w tym ściśle męczeńskim duchu. Ujawnia się tu ponadto siła prostej i sprecyzowanej duchowości: „kapłan, misjonarz, męczennik”.

23 września 1933 roku nadszedł dzień profesji wieczystej. Uczestniczył w niej inny scholastyk, z którym Marcin dzielił rok nauki i posługi: Bernardo Longo (1907–1964), przyszły misjonarz i męczennik, którego proces beatyfikacyjny również jest w toku.

Portret Capellego u kresu formacji ukazuje zakonnika o „głębokim poczuciu człowieczeństwa”, zdolnego działać „z wielką prostotą i zrozumieniem”, odznaczającego się „wielką równowagą” i „taktownością”. Sercańska Szkoła Apostolska w Trydencie była pierwszym miejscem, w którym wykorzystał swoje dary w apostolstwie wśród dzieci. Te zaś, jak to dzieci, „były utrapieniem. Zawsze wokół mnie. Zawsze uczepione mojego sznura zakonnego…” — pisał. Była to jednak „okazja do czynienia dobra. Do dawania. Do pomagania. Do wspierania”.

Powoli zbliża się rok 1938, a wraz z nim daty wyznaczające kolejne stopnie święceń: 12 marca subdiakonat, 2 kwietnia diakonat, wreszcie 26 czerwca kapłaństwo, przyjęte w kaplicy scholastykatu w Bolonii przez nałożenie rąk biskupa Imoli, Paolina Tribbiolego. Pierwszą uroczystą Mszę świętą ks. Marcin odprawił w sanktuarium Zuccarello w Nembro.

10. Spotkanie z partyzantami

17 września ks. Marcin miał głosić kazania w Montorio, kolejnej miejscowości położonej dwanaście kilometrów od Pioppe di Salvaro. Okazją było święto Matki Bożej Bolesnej, przeniesione w tamtym roku na dzień siedemnasty. Oczekiwano go już poprzedniego popołudnia, aby pomógł w spowiadaniu. Ks. Capelli jednak się nie pojawił.

Niepokój proboszcza wzrósł, gdy nie przybył również wczesnym rankiem w niedzielę… Dotarł dopiero na uroczystą Mszę! Ks. Capelli zjawił się „zdyszany, spocony, w nieładzie zarówno habitu, jak i włosów”. Mimo wszystko, z niewielkim opóźnieniem, rozpoczął sprawowanie Mszy świętej.

Podczas obiadu ks. Marcin wyjaśnił, co się stało. Rzeczywiście, poprzedniego popołudnia wyszedł pieszo z Pioppe di Salvaro, lecz na odcinku między Termine a Cadetto zatrzymali go partyzanci. Przetrzymywali go przez całe popołudnie, noc i część następnego ranka, poddając szczegółowemu przesłuchaniu. Wydaje się, że powodem były wizyty innego księdza, również kapelana wojskowego, u prałata Melliniego. Jak zwykle wzbudzały one podejrzenia zarówno partyzantów, jak i Niemców. Partyzanci sądzili, że aresztowali duchownego, którego uważali za szpiega „repubblichini”, czyli sił faszystowskich.

Capelli musiał dowieść niewinności. Wyjaśniał, że jest księdzem i wykładowcą sercańskiego scholastykatu w Bolonii, a prałatowi Melliniemu i innym okolicznym proboszczom pomaga w duszpasterstwie… Dodał, że gdy przesłuchanie się przedłużało, w końcu wypomniał zatrzymującym go partyzantom niektóre zbrodnie popełnione na bezbronnych i niewinnych ludziach. Być może z tego powodu albo dlatego, że nie zdołał ich przekonać, zagrozili mu, że każą mu wykopać grób, a następnie go zabiją. Dopiero tego samego ranka, także dzięki interwencji bardziej umiarkowanego partyzanta, pozwolili mu odejść. Wcześniej surowo ostrzegli go jednak, aby nie opuszczał okolicy, nie zmieniał miejsca pobytu i nie próbował zniknąć. Na koniec ponownie zagrozili mu śmiercią.

Później dowiedziano się, że podczas rozmowy tego samego popołudnia ks. Marcin nie wydawał się szczególnie wstrząśnięty zdarzeniem w lesie. Po zakończeniu popołudniowych nabożeństw zapowiedział powrót do Pioppe di Salvaro następnego dnia. Zaproponował nawet pewnemu młodzieńcowi, aby towarzyszył mu w drodze do lasu, „żeby uczynić trochę dobra”, to znaczy zatrzymać się wśród partyzantów, o których mówił: „Biedni ludzie, potrzebują kogoś, kto porozmawia z nimi trochę o religii, trochę o Bogu”. Młodzieniec, nazwiskiem Zanini, wyraził zdumienie. Ks. Marcin zwierzył mu się, że podczas zatrzymania nie czuł się aż tak źle, i potwierdził swój zamiar. Istotnie, w poniedziałek 18 września, wracając do Pioppe, wszedł do lasów Monte Termine, gdzie spotkał partyzantów i podjął próbę urzeczywistnienia swojego zamysłu.

Ta chwila miała się okazać ważna, ponieważ najprawdopodobniej właśnie w tej grupie spotkał człowieka, który odegrał decydującą rolę w jego ostatnich dniach. Nazywał się Giuliano De Balzo, a nosił przydomki Cacao lub Boccia. Był to partyzant, który po usunięciu z oddziału za kradzież zemścił się, przechodząc na stronę nazistów i faszystów oraz zeznając przeciw Capellemu. Kilka miesięcy po wydarzeniach, które za chwilę opowiemy, zdrajcę tego miał stracić dawny towarzysz broni.

11. Wojna dociera do Pioppe di Salvaro

Spotkanie z partyzantami nie miało pozostać tak radosne ani obyć się bez konsekwencji. Ks. Luigi Tommasini, proboszcz Burzanelli, przekazał wiadomość, że partyzanci z Pioppe grożą ks. Marcinowi, a zatem jest on w niebezpieczeństwie. Ks. Enrico Agostini, faktyczny przełożony wspólnoty scholastykatu, przesłał Capellemu „polecenie prowincjała”, aby powrócił do wspólnoty w Burzanelli.

Posłańcem był ks. Albino Franzini, który spotkał ks. Marcina na plebanii. Zjedli razem kolację, a gospodarz przygotował mu miejsce na nocleg. Następnie ks. Franzini zaprosił ks. Capellego, aby wyszli z domu. Idąc w górę, w stronę Monte Salvaro, Franzini oznajmił mu, że został przysłany przez ks. Agostiniego w imieniu prowincjała, ks. Nicoli Zagarii, aby sprowadzić go do wspólnoty w Burzanelli.[2] Wobec szybkich postępów aliantów możliwy był bowiem powrót całej wspólnoty do Castiglione. Podczas spaceru przerwał im młody partyzant, który wycelował w nich karabin. Pogrążeni w rozmowie zakonnicy minęli go, nie zwracając na niego uwagi. Po sześciu czy siedmiu minutach wycofał się i zniknął w lesie. Pomijając ten epizod, świadczący o powadze sytuacji, odpowiedź ks. Capellego była odmowna. Uważał, że jego obecność w Pioppe di Salvaro pozostaje konieczna ze względu na trudne położenie i podeszły wiek prałata Melliniego, mimo obecności ks. Cominiego. Jak zobaczymy, nie był to ani pierwszy, ani jedyny powód…

24 września 1944 roku przypadał w niedzielę. Plebania w Pioppe di Salvaro była pełna uchodźców i wysiedleńców, którzy widzieli w kościele parafialnym miejsce schronienia, bezpieczeństwa i pokoju. Po Mszy świętej i śniadaniu obaj sercanie, Franzini i Capelli, rozmawiali krótko z salezjaninem Cominim. Ostatecznie ks. Capelli ponowił odmowę powrotu do Burzanelli.

Dochodzimy wreszcie do jednej z zapowiedzianych już wątpliwości, które miały przez dziesięciolecia ciążyć nad historią życia ks. Capellego: czy byliśmy właśnie świadkami nieposłuszeństwa? W późniejszych przemyśleniach ks. Franziniego spotkanie z partyzantem w górach po południu w sobotę 23 września było czymś więcej niż zbiegiem okoliczności. Partyzant nie znalazł się na ich drodze przypadkiem. Miał zadanie śledzić, obserwować i szpiegować człowieka umieszczonego na partyzanckiej „czarnej liście”: ks. Marcina Capellego. Świadomy tego ks. Marcin chciał przenosić ze sobą zagrożenia, które mogłoby objąć jego młodych sercańskich współbraci ze wspólnoty scholastykatu.

W tej sytuacji w poniedziałek 25 września Pioppe zostało zbombardowane z powietrza. Nalot spowodował poważne zniszczenia materialne, choć nie było ofiar w ludziach. We wsi przebywali sercanin ks. Lino Cattoi, ks. Comini i ks. Capelli. Widząc, co się stało, ks. Capelli rozmawiał ze współbraćmi i poprosił ich, aby udali się do Malfolle, ponieważ „ja też chciałbym tam pójść”. W tej miejscowości przebywała już spora grupa sercanów, którzy znaleźli tam schronienie: ks. Nicola Colia, sprawujący opiekę duszpasterską w innej pobliskiej miejscowości zwanej Pioppe; ks. Basilio Memmolo, odpowiedzialny za Sibano; ks. Vigilio Sommavilla; polski scholastyk nazwiskiem Gaulich, nazywany Gaulicchio, aby ukryć jego narodowość, zajmujący się pracą na roli, gotowaniem i podobnymi obowiązkami; oraz ks. Cattoi, który również pracował w Pioppe. Ten ostatni zaznaczył, że z jego strony nie ma przeszkód, aby Capelli poszedł z nimi, zauważył jednak, iż liczba zgromadzonych zakonników jest już dość duża, co może wzbudzić podejrzenia Niemców, że wszyscy są partyzantami. Wydaje się zatem jasne, że wszyscy zdawali sobie sprawę zarówno z gróźb partyzantów wobec Capellego, jak i z następstw, jakie mogły z tego wyniknąć ze strony Niemców.

Poniedziałkowe bombardowanie nie było odosobnionym zdarzeniem. Wojna jest już tutaj. Front zbliża się do okolicy ze wszystkimi straszliwymi konsekwencjami. Z jednej strony partyzanci w pobliżu Pioppe di Salvaro urządzają zasadzkę, w której ginie trzech cywilów — działania tak nierozważne, że narażają całą ludność. Z drugiej do Sibano przybywają dwie kompanie SS, ustanawiając stałą kwaterę na miejscowej plebanii. Dopełnieniem obrazu jest wkroczenie wojsk alianckich do Castiglione dei Pepoli we wtorek 26 września. Taka sytuacja wojenna na obszarze między rzekami Setta i Reno potrwa niemal siedem miesięcy.

I zaczyna dziać się to, co nieuniknione. Esesmani, wspinając się w góry nad Pioppe di Salvaro, napotykają grupę partyzantów. W starciu ginie jeden Niemiec. Odwet: SS morduje trzech mężczyzn, podpala trzy stodoły i dom rodziny Calanchi w małej wsi Casella.

Wiadomość dociera na plebanię, gdzie przebywają ks. Marcin i ks. Comini. Obaj wyruszają na miejsce. W towarzystwie młodego małżeństwa, obserwowani przez Niemców z drogi, przystępują do chrześcijańskiego pochówku Paola Calanchiego, ojca rodziny, rozstrzelanego w odwecie razem z dwoma sąsiadami. Od tej chwili ten chrześcijański gest, wynikający z kapłańskiej posługi, sprawia, że są szczególnie narażeni na działania SS, a ich życie znajduje się w niebezpieczeństwie.

Po pogrzebaniu pana Calanchiego idą pomagać pozostałym mieszkańcom. Odprowadzają ich do kościoła w Pioppe di Salvaro, pocieszając dzieci i kobiety. Gdy ludzie są już bezpiecznie w kościele, obaj zakonnicy zastanawiają się, jak wydobyć pozostałe ciała. Trzeba wyciągnąć je z błota i znaleźć drewno na trumny. Udaje im się wykonać oba zadania, lecz nadejście nocy zmusza ich do odłożenia przeniesienia zmarłych na cmentarz do czwartku 28 września.

Po powrocie na plebanię w Pioppe di Salvaro ks. Capelli odwiedza siostry zakonne i pociesza kolejną rodzinę ofiar. Przy tej okazji z przejęciem mówi o kapłańskiej posłudze i wynikających z niej obowiązkach. Wydaje się niemal świadomy czekającego go męczeństwa i gotowy oddać życie.

12. Przed portretem Stalina

W środę 27 września 1944 roku scholastycy Remo Canal i Guido Ignazio Dalla Sega wyruszają do Pioppe di Salvaro, pośród wielkich niebezpieczeństw związanych z walkami. Ks. Agostini wysłał ich ponownie, aby po raz drugi wezwali ks. Capellego do przeniesienia się do Burzanelli ze względu na grożącą mu śmierć z rąk partyzantów. Według Canala inicjatywa znów wyszła od prowincjała, który mieszkał w Albino.

Ze względów bezpieczeństwa nie mają przy sobie żadnego pisma od ks. Agostiniego. Docierają do Pioppe di Salvaro około 10.30 lub 11.00. Ks. Capelli jest na plebanii. Domyślając się przyczyny niespodziewanej i ryzykownej wizyty, prowadzi obu młodych zakonników do krypty kościoła i tam ich wysłuchuje. Przyjmuje przekazaną z drżeniem wiadomość i od razu odpowiada. Dalla Sega zapamiętał jego słowa następująco: „Nie odejdę, nie opuszczę tego miejsca, bo odejście oznaczałoby uwiarygodnienie i potwierdzenie wysuwanych przeciwko mnie oskarżeń”. Dodał: „Zrobicie mi przysługę?”. Scholastycy zapytali jaką, a ks. Capelli odrzekł: „Pójdźcie ze mną do kwatery partyzantów, żeby wyjaśnić moją sytuację”. Według drugiego scholastyka, Canala, Capelli powiedział: „Nie, byłoby to pewnego rodzaju przyznanie się do winy, jakbym mówił, że partyzanci mają rację, że jestem winny, a tego nie chcę. Zostaję i koniec”.

Tak czy inaczej, natychmiast wyruszają razem do dość dobrze osłoniętego domu na skraju lasu. Po wejściu zostają zaprowadzeni do dużej sali, w której dominują skrzyżowane flagi włoska i sowiecka oraz wielki portret Stalina. Ks. Capelli oświadcza, że przybył wyjaśnić swoją sytuację. Według Dalla Segi partyzanci oznajmiają, iż nie mają nic przeciwko niemu i nie jest podejrzany. Wydają nawet oświadczenie napisane na maszynie, odczytane i zaakceptowane przez wszystkich obecnych, a podpisane przez dowódcę i samego Capellego.

Jednak po wyjściu, choć odczuwa pewną ulgę, ks. Capelli mówi klerykom, że lepiej, aby nie wracali z nim do Pioppe di Salvaro. Na wszelki wypadek i „żeby nikt nie widział nas razem”. Obaj scholastycy docierają do Burzanelli przed kolacją i zdają ks. Agostiniemu relację z wydarzeń.

Następny dzień jest pozornie spokojny. Obecność aliantów w Castiglione dei Pepoli, stanowiąca wysunięty klin przełamujący tak zwaną Linię Gotów, skłania jednak SS do decyzji o „oczyszczeniu” całego obszaru między Settą a Reno, aby otworzyć drogę do Bolonii przez miejsce zbiegu obu rzek. Spokój wynika więc z przygotowań SS, które poprzedniego dnia zamordowało trzech mężczyzn z Caselli w pobliżu Pioppe di Salvaro. Właśnie tego dnia ks. Marcin odprawia Mszę pogrzebową, głosi kazanie i przewodniczy późniejszemu odprowadzeniu zmarłych na cmentarz.

Wybucha jednak chaos terroru. W Bel Poggio esesmani rozstrzeliwują sześciu mężczyzn oskarżonych o współpracę. Ich ciała pozostają niepogrzebane przed drzwiami domów. Capelli i Comini pomagają rodzinom, wśród których są także dzieci, i udzielają im schronienia na plebanii w Pioppe di Salvaro.

Ks. Marcin był przekonany, że jego praca kapłańska może pomóc powstrzymać popełniane niegodziwości, zwłaszcza po stronie partyzantów. Można powiedzieć, że w tych okolicznościach zarówno ks. Marcin, jak i ks. Comini stali się dla ludności prawdziwym oparciem, również dlatego, że przestała istnieć wszelka władza cywilna. Po pierwszej egzekucji tego dnia nastąpiły kolejne. Doprowadziło to do wydarzenia, które ks. Agostini nazwał później „heroicznym czynem ks. Capellego”, a wiejska nauczycielka opisała tak: „Wejście na zakazany teren, aby zabrać ciała, zapewnić im chrześcijański pochówek i ocalić ich rodziny”.

Chłód, ten nieubłagany chłód wewnętrzny, ogarnął niemal wszystkich, niemal nagle…

A potem nagle zima…

…zima, która zapowiada wielkanocną wiosnę. Może brzmi to nieco pretensjonalnie, ale tak właśnie było. W piątek 29 września 1944 roku rozpoczęło się triduum, które doprowadziło ks. Capellego do oddania życia w niedzielę 1 października. Opatrzność czy zbieg okoliczności — rozstrzygnięcie pozostawiamy czytelnikowi. Wydarzenia przebiegały następująco.

13. Decyzja

W parafii Pioppe di Salvaro przypadało wielkie święto św. Michała Archanioła! Nic jednak nie wyglądało tak, jak powinno. Od wczesnego rana mężczyźni ze wsi uciekali przez góry. Te jednak były opanowane przez niemieckie patrole SS. Wehrmacht, regularna armia niemiecka, otrzymał rozkaz wycofania się i przekazania dowodzenia na tym obszarze specjalnemu batalionowi 16. Dywizji Pancernej SS, dowodzonemu przez majora Waltera Redera. Wyznaczony cel: ostatecznie rozbić partyzancką brygadę Stella Rossa, dowodzoną przez Maria Musolesiego „Lupo”. Ale nie tylko. Później sądy określą tę operację wojskową, podczas której mordowano starców, kobiety i dzieci, jako „operację oczyszczania”.

W La Creda di Grizzana doszło do starcia partyzantów z SS. Znów został ranny niemiecki dowódca, co wywołało natychmiastowy odwet: okolicznych starców, kobiety i dzieci schwytano, spędzono w jedno miejsce, ograbiono, rozstrzelano z broni maszynowej, a na koniec spalono, aby ukryć ślady zagłady.

W Pioppe di Salvaro ks. Marcin, zgodnie ze świątecznym porządkiem, odprawił Mszę świętą około piątej. Nagle przez drzwi kościoła wpadli członkowie różnych rodzin z Caselliny, krzycząc, że ich wieś płonie: ludzie, zwierzęta i domy. Błagali, aby ktoś coś zrobił, by mężczyźni mogli się ukryć.

Siostry zakonne błagały ks. Marcina, aby podjął działania chroniące wszystkich mężczyzn przed niemieckimi poszukiwaniami i prześladowaniem. Była to bardzo poważna prośba, a on znał jej konsekwencje. Ks. Capelli ukląkł na chwilę przed tabernakulum, pogrążając się w modlitwie. Czy nadchodził już czas? Niedługo potem wyszedł z kościoła w towarzystwie ks. Cominiego. Odtąd ich losy miały być ze sobą związane. Ks. Elia, dobrze znający kościół, zaproponował ukrycie mężczyzn w małej zakrystii przylegającej do głównej i zastawienie wejścia szafą. Wspólnie przyjęli więc wszystkich mężczyzn, około siedemdziesięciu, i ich ukryli. W ciągu dnia esesmani przechodzili przez wieś aż trzy razy, wchodzili do kościoła z gotowymi do strzału pistoletami maszynowymi i mijali ołtarz, przy którym znajdowało się wejście do kryjówki.

Później sędziwy proboszcz, prałat Mellini, poprosił ks. Marcina, aby zaniósł Wiatyk chorej kobiecie w Casellinie. Ks. Marcin poszedł, wypełnił zadanie i bez przeszkód wrócił. Gdy tylko dociera do domu, wzywa go mężczyzna proszący o pomoc po ucieczce z La Creda di Grizzana, gdzie SS zatrzymało sześćdziesięciu dziewięciu rolników. Proboszczowie potwierdzają, że nadal są tam konający. Pierwszym odruchem młodych zakonników jest zanieść im Wiatyk, a także, jeśli to możliwe, dzięki noszonym habitom ocalić przynajmniej kobiety i dzieci.

Ks. Elia wchodzi do kościoła po puszkę z konsekrowanym Chlebem i święte oleje. Zwracając się do obecnych, prosi: „Módlcie się, módlcie się za mnie, bo mam do wypełnienia misję”. Kiedy spotyka ks. Marcina, obaj kapłani nakładają komże i stuły na sposób kapłański, wyraźnie wskazując, że są księżmi katolickimi.

Pewna parafianka próbuje ich zatrzymać, ciągnąc ks. Marcina za habit i wskazując na szaleństwo oraz niebezpieczeństwo, na jakie się narażają. Słyszy z ust obu młodych mężczyzn: „Jesteśmy kapłanami i musimy iść, musimy wypełnić nasz obowiązek”. Po tych słowach ruszają pewnym, szybkim krokiem w stronę La Creda di Grizzana. Są świadomi ryzyka; pozostają niemal jedynymi widocznymi mężczyznami, którzy nie uciekli ani się nie ukryli. Noszą habity, a do tego nałożyli szaty kapłańskie… trudno wyobrazić sobie większe narażenie życia na oczywiste niebezpieczeństwo. Ostatecznie ks. Marcin i ks. Elia, lawirując wśród ognia wymienianego przez walczących, zdołają udzielić pomocy duchowej ludziom, którzy padli ofiarą zabijania i palenia.

14. Pojmanie

Nie znamy dokładnej godziny ani miejsca pojmania. Niektórzy świadkowie twierdzą, że kapłani nigdy nie dotarli do Caposseny. Inni utrzymują, że SS wzięło ich do niewoli, gdy przygotowywali się do niesienia pomocy ofiarom masakry. Pozbawiono ich oznak kapłańskich — nie wiadomo, co stało się ze świętymi olejami i Najświętszym Sakramentem — a następnie zmuszono do noszenia amunicji pod strażą, w górę i w dół zbocza. Po drodze księża musieli na własne oczy oglądać straszliwe akty przemocy. Świadkowie widzieli ich schodzących z La Creda di Grizzana z ładunkami amunicji, nieco poniżej wsi Serra di Sotto. Inni widzieli ich wyczerpanych, spoconych i brudnych, jak z wielkim trudem nieśli ciężkie skrzynie, trzymając je rękami przed sobą.

Świadectwa opisują kapłanów upokorzonych i wyczerpanych przez SS. Pewien człowiek widział ich w lesie przykutych łańcuchami do drzewa. Próbował podejść i im pomóc, lecz ks. Elia nakłonił go do odejścia. Zachowała się jego relacja: „Byli objuczeni i zgięci pod ciężarem tylu ciężkich skrzyń, które otaczały ich ciała z przodu i z tyłu. Plecy mieli tak wygięte, że nosami niemal dotykali ziemi”. Pewien starszy mężczyzna widział ich w okolicy Caposseny „siedzących na ziemi […] bardzo spoconych i zmęczonych, z amunicją na plecach”.

Wiadomość dotarła na plebanię w Pioppe di Salvaro. Prałat Mellini dowiedział się o aresztowaniu obu młodych kapłanów i ciężkiej pracy przymusowej, do której byli zmuszani pod groźbą broni.

15. Uwięziony w zakładach konopnych

Z zapadnięciem nocy Capelli i Comini zostali zamknięci wraz z pięćdziesięcioma innymi zakładnikami — część schwytano podczas obław, innych zatrzymano jako robotników niezdolnych do pracy — w stajni zakładów konopnych w Pioppe di Salvaro, zwanej również „domem Borgia” lub „domem woźniców”. Był to piętrowy budynek z piwnicą, teraz zamieniony w więzienie.

W ciągu dnia zwolniono trzech kolejarzy z linii Marzabotto i żołnierza RSI z Rioli. Stopniowo zapełniały się jednak pomieszczenia obok i na piętrze. Żadnego z osadzonych tam ludzi nie uważano za partyzanta. To ważne dla zrozumienia, dlaczego wydarzenia potoczyły się właśnie tak. Innymi słowy: skoro powodem ich aresztowania i uwięzienia nie była odwetowa obława SS, szpiegostwo ani przynależność do partyzantki — zwłaszcza że dwa ostatnie zarzuty zwykle karano natychmiastową śmiercią — przyczyną nie mogło być nic innego niż to, że byli katolickimi kapłanami. Trzeba jednak dodać jeszcze jedno uściślenie. Byli tam także inni księża: serwita o. Artusi, proboszcz Sperticano ks. Fornasini, proboszcz Calvenzano ks. Vincenzo Venturi i sercanin ks. Memmolo.

Istotnie, 29 września o siódmej rano ks. Basilio Memmolo przebywał w Malfolle i próbował doprowadzić do uwolnienia więźnia przetrzymywanego przez SS. W rezultacie sam został zatrzymany. Obiecano mu, że będzie mógł wrócić do domu po sprawdzeniu dokumentów w pobliskiej miejscowości. Gdy do niej dotarli, nie znaleźli punktu kontrolnego, musieli więc iść dalej, do Pioppe di Salvaro. Tam osadzono go w zakładach konopnych. Potwierdzony pozostaje więc ten szczegół: Capelli i Comini zostali aresztowani jako księża katoliccy podczas wykonywania swojej posługi.

To ks. Memmolo wskazał, że ks. Marcin i ks. Comini przebywali na piętrze zakładów. Kiedy bowiem otrzymał pozwolenie na wyjście do toalety, usłyszał, że ktoś woła go z okien powyżej, nie zdołał jednak rozpoznać, kto to był. Wydaje się, że ks. Marcin Capelli wyszedł wtedy bez pozwolenia, za co strażnik uderzył go w twarz i natychmiast odprowadził do celi.

Tak oto nad życiem i duszami tych ludzi zapadła owa piątkowa noc, ciemna, bardzo ciemna.

16. Selekcja

W południe w sobotę 30 września przybył włoski oficer Republiki Salò, czyli RSI, wraz z niemieckim podporucznikiem wysłanym specjalnie do przeprowadzenia tej operacji. Towarzyszyła im trzecia osoba. Był to chłopak w wieku około siedemnastu lat, prawdopodobnie z Calvenzano, były partyzant, który pełnił w oddziale funkcję kucharza. Spotkaliśmy go już w sali z portretem Stalina. Nazywa się Giuliano De Balzo, Cacao lub Boccia.

Przeprowadzono ogólne przesłuchanie, w wyniku którego mężczyzn podzielono na „zdolnych” i „niezdolnych” do deportacji do Niemiec. Przesłuchano najliczniejszą grupę, do której należał ks. Memmolo. Wiemy od niego, że szczególnie interesowano się związkami naszych dwóch kapłanów z proboszczem San Martino di Casaglia di Caprara, ks. Ubaldem Marchionim, zabitym kilka godzin wcześniej i uważanym przez faszystów za przywódcę partyzantów.

Ostatecznie utworzono trzy grupy: osób starszych i rannych, młodych i zdrowych oraz księży. Początkowo tylko dwóch osób nie przydzielono do żadnej grupy: ks. Elii Cominiego i ks. Marcina Capellego. Stało się to dopiero na końcu, gdy zaliczono ich do grupy starców lub niezdolnych do pracy… dwóch młodych mężczyzn, w wieku trzydziestu dwóch i trzydziestu czterech lat, którzy przez cały dzień nosili amunicję po górach i dowiedli, że są w pełni zdolni do pracy…! Wyrok zapadł.

Od tej chwili twarz ks. Capellego zaczęła się czerwienić, być może z powodu gorączki lub odwodnienia. Faktem jest, że nie podawano im wody. Ponadto wykazywał wyraźne oznaki wzburzenia. Ks. Marcin nie spodziewał się jednak gwałtownej śmierci, ponieważ poprosił ks. Memmola o pieniądze na podróż do Bolonii, a potem do Bergamo.

Około godziny 13.00 grupa księży, wśród nich ks. Memmolo, zostaje ostatecznie wysłana do Bolonii, aby kardynał arcybiskup wystawił im zaświadczenia o nienagannej postawie politycznej. Ani ks. Capellego, ani ks. Cominiego nie ma w tej grupie: zostają ponownie zamknięci.

W Bolonii kardynał wydaje wymagane dokumenty, a później jeszcze dwa, na nazwiska ks. Capellego i ks. Cominiego. Żaden z owych kapłanów nie zdołał jednak wrócić do Pioppe di Salvaro.

W sobotnie popołudnie na błagania prałata Melliniego odpowiadają siostra Alberta Taccini i siostra Ester. Idą odwiedzić obu zakonników i zrobić wszystko, co możliwe, aby ich uwolnić. Niosą zapasy żywności. Niemcy nie tylko zabraniają im zbliżyć się do domu i rozmawiać z zatrzymanymi, ale również źle je traktują, popychają lufą karabinu w plecy i grożą śmiercią, jeśli natychmiast nie odejdą. Wydaje się, że odpowiedzialnym za to oficerem SS był sam major Walter Reder, łatwy do rozpoznania po amputowanym ramieniu. To on zmusił zakonnice do stanięcia pod ścianą, mierząc do nich z broni; jedną spoliczkował, gdy próbowała się odezwać, a na dopełnienie swojego „odważnego” czynu mocno ją kopnął. Tego popołudnia również jedna z wpływowych osób w okolicy podjęła bezskuteczną próbę uwolnienia księży.

Tymczasem świadkowie wspominają, że widzieli w oknie ks. Elię, który wskazywał niebo i machał ze łzami w oczach, podczas gdy ks. Capelli był blady, być może smutny.

17. Egzekucja

Nastała niedziela. Przyniosła nowy miesiąc w kalendarzu: 1 października. Grupa schwytanych więźniów zdolnych do pracy spędziła noc w kościele w Pioppe; grupa niezdolnych do pracy, do której należeli obaj nasi zakonnicy, przebywała w domu woźniców.

Pewnej kobiecie, podającej się za siostrę jednego z kapłanów, udało się przynieść im brewiarz, bieliznę i jedzenie. Po wejściu spotkała ks. Elię. Ks. Marcin nie zamienił z nią ani słowa, lecz przerwał modlitwę i uczynił nad nią znak krzyża. Inni świadkowie również podkreślają tę postawę Capellego: mało mówił i wiele się modlił. Starsi więźniowie błagali kapłanów, by ich nie opuszczali, i prosili, aby uczyniono coś dla nich wszystkich.

Odpowiedzią był jednak brutalny napad nazistów na grupę starszych ludzi, którym odebrano dokumenty, zegarki, portfele i buty. Marcin i Elia wyspowiadali się u siebie nawzajem, a następnie udzielili rozgrzeszenia wszystkim obecnym. Nadeszła szósta po południu. Więźniowie uznani za zdolnych do pracy zobaczyli przechodzących starców z gałązką akacji w dziurce od guzika marynarki… Był to znak skazania.

O 19.30 wszystkich więźniów z grupy osób starszych lub niezdolnych do pracy, łącznie czterdziestu sześciu — czterdziestu jeden zostało zabitych, trzem udało się przeżyć, a dwóch początkowo uszło z życiem, lecz wkrótce zmarło podczas ucieczki z miejsca zagłady — zaprowadzono do budynku, w którym znajdował się zbiornik wody służący do wytwarzania energii elektrycznej napędzającej maszyny zakładów konopnych. W Pioppe nazywano go „botte”. W tamtym czasie był pusty: bardziej przypominał zbiornik błota i szlamu niż basen z wodą.

Kazano im ustawić się wzdłuż jednego z pomostów zapory, wprost przed około dwudziestoma esesmanami i dwoma wymierzonymi w nich karabinami maszynowymi. Co najmniej dwóch kolejnych żołnierzy pełniło straż w niewidocznych miejscach.

Więźniów podzielono na dwie grupy. Kiedy pierwsza weszła na teren obiektu, ustawiono ich po trzech w rzędzie. Cominiego i Capellego umieszczono w pierwszym szeregu. Ks. Marcin przez pewien czas pozostawał pogrążony w modlitwie. Tymczasem salezjanin Comini błagał po raz ostatni: „Litości, litości!”. Obaj zaczęli donośnym głosem udzielać błogosławieństw i rozgrzeszenia, próbując odwrócić to, co nieuniknione.

Wobec krzyków tłumu zza kolumny wyszło dwóch żołnierzy, którzy grożąc trzymanymi w rękach siekierami, wymusili ciszę. Obaj zakonnicy powiedzieli: „Przebaczamy”. Usłyszano też okrzyk ks. Marcina: „Jezu mój, miłosierdzia!”.

Była 19.45. Głosy przerwał terkot karabinów maszynowych. Grozie towarzyszyły jęki bólu. Lżej rannych dobijano strzałami z karabinów. Skazańcom z drugiej grupy, którzy musieli patrzeć na to, co za chwilę miało spotkać również ich, kazano wrzucać zabitych do „botte”. W tym czasie oficer dobijał pistoletem tych, którzy dawali jeszcze oznaki życia.

O tej porze i w tym czasie roku w północnych Włoszech było już ciemno. Wykorzystując mrok i zamieszanie, niektórzy próbowali uciec. Ukryci esesmani, wspomagani światłem latarek, zaczęli na nich dosłownie polować. Sytuacja wymknęła się spod kontroli i drugą grupę ostrzelano z broni maszynowej w pewnym pośpiechu, wskutek czego ponad połowa trafionych odniosła jedynie lekkie rany. Dlatego przed wycofaniem się esesmani wrzucili do „botte” cztery lub pięć granatów.

18. Na dnie „botte”

Odgłos nazistowskich butów oddalał się. Wewnątrz „botte” jeden ze starszych mężczyzn, Aldo Ansaloni, zdołał wydostać się ze stosu ciał przeszytych seriami z karabinów maszynowych lub rozerwanych granatami. Nie miał innego wyjścia, jak chwytać się leżących obok zwłok i na nich opierać. Rozpoznał, że jedno z ciał należało do ks. Capellego, ponieważ w ciemności dostrzegł jego czarny sznur, charakterystyczny element sercańskiego stroju zakonnego.

Zaskoczenie było jednak ogromne, gdy pod wpływem dotyku ks. Capelli, choć miał brzuch dosłownie rozszarpany kulami, zdołał odzyskać przytomność, z trudem się podnieść i wypowiedzieć kilka słów. Starszy mężczyzna, który już wówczas nie słyszał, nie potrafił ich zrozumieć.

Ks. Marcin konał, lecz zdołał zebrać siły, by czynić znak krzyża nad wszystkim i nad wszystkimi. Niestrudzenie. Aż dłużej już nie mógł. Jego ciało upadło na towarzyszy niedoli, twarzą w dół, z ramionami rozpostartymi na kształt krzyża. Tak wydał ostatnie tchnienie ks. Mikołaj Marcin Capelli, kapłan zakonny Zgromadzenia Księży Najświętszego Serca Jezusowego.

W następnych dniach Niemcy uniemożliwiali wydobycie zwłok, a raczej wydobycie dowodów swej morderczej masakry, wykraczającej poza wszelkie prawa wojny i pokoju. Po latach wyszło jednak na jaw, że pewna kobieta, narażając się na śmierć, zdołała późną nocą dotrzeć do „botte” i zastała ks. Capellego jeszcze żywego. Wówczas ks. Marcin miał ponownie się podnieść i powiedzieć jej: „Powiedz moim współbraciom, żeby wybaczyli mi krzywdę, jaką im wyrządziłem”.

19. A potem cisza…

Wszelkie próby odzyskania ciał zawiodły. Msze za spokój dusz zabitych, w tym naszego bohatera, nie mogły zostać odprawione tak, jak należało, to znaczy corpore in sepulto, przy niepogrzebanych zwłokach. Co się z nimi stało? Około dwudziestu dni później otwarto zastawy kanału i podniesiono śluzy górskich jezior. Uwolnione masy wody porwały ciała, już w strasznym stanie, unosząc je w dół rzeki Reno i rozpraszając.

W Pioppe di Salvaro panowały cisza, gniew, strach i milczące przebaczenie. Ciszę rozdzierały i bezcześciły głosy esesmanów, którzy chełpiąc się, wykrzykiwali na ulicach: „Due pastoren kaput” — „Dwaj księża nie żyją”.

20. …która dziś staje się wymownym słowem

Ks. Marcin Capelli zostanie beatyfikowany w Bolonii 27 września 2026 roku. Jego życie, jego niestrudzone głoszenie słowa, uciszone przez potworny bezrozum nienawiści, przemówi teraz na nowy sposób.

Ks. Marcin zginął gwałtowną śmiercią z rąk nazistowskiego plutonu egzekucyjnego SS, który wykonał karę śmierci bez zwykłego procesu przed sądem cywilnym lub wojskowym. Jego śmierć nie była wydarzeniem odosobnionym. Wpisała się w ten sposób w ciąg działań apostolskich i kapłańskich, które również nabrały własnej dynamiki. Został zamordowany wraz z ks. Elią Cominim SDB. Obaj łączą się z postaciami trzech wspomnianych wcześniej księży diecezji bolońskiej, proboszczów różnych miejscowości na obszarze Monte Sole: ks. Ubalda Marchioniego, ks. Ferdinanda Casagrandego i ks. Giovanniego Fornasiniego.

Czy była to jednak śmierć męczeńska? Wiemy, że po 29 września 1944 roku na obszarze Monte Sole nie było już partyzantów, a cały teren zajmowało i kontrolowało SS. Wiemy też, że zarówno w szeregach SS, jak i partyzantów nie było wielu ofiar. W tych konkretnych dniach nie dochodziło również do aktów sabotażu. Nie sposób więc nie stwierdzić, że nie istniały żadne racje strategiczne, wojskowe ani polityczne, które uzasadniałyby tę masakrę ludności.

Co więcej, wracając do osobistej drogi ks. Marcina: ile kilometrów przemierzył przez te góry? Ile razy mógł paść ofiarą alianckiego bombardowania? Ile razy mógł zostać zatrzymany podczas obławy? Jak to się stało, że nie nadepnął na minę, która rozerwałaby go na strzępy? Ile razy mógł mieć nieszczęście być świadkiem jednego z licznych, bezwzględnych i tchórzliwych mordów dokonywanych przez owe istoty w czarnych mundurach, równie czarnych jak ich dusze, i z tego powodu zostać zgładzony? Żadna z tych możliwości się nie urzeczywistniła… Wszystko to skłania nas do przekonania, że motywem jego osobliwej egzekucji było to, iż był niewygodnym i oddanym swojej posłudze księdzem katolickim.

Przyczyn tego, że jego oddanie czyniło go niewygodnym, możemy szukać w wyznawanych wartościach, a także w obowiązkach kapłańskiej posługi. Możemy je jednak odnaleźć również w tym, co określa życie chrześcijańskie: zakorzenione w miłości Boga i bliźniego, wyraża się ono jako miłosierdzie, czyli miłość działająca na rzecz potrzebujących. Ks. Capelli jest więc sercaninem, który:

  • przyjmował wysiedleńców i udzielał im schronienia w kościele parafialnym w Pioppe di Salvaro;
  • karmił głodnych i poił spragnionych, troszcząc się o nich i pocieszając ich w utrapieniach;
  • nie pozostawił współwięźniów „nagimi”, nie porzucił ich, gdy obawiali się, że zostaną zdani na własny los;
  • odwiedzał chorych, jak wtedy, gdy rankiem 29 września zaniósł Komunię świętą chorej kobiecie w Casellinie;
  • odwiedzał więźniów, choć sam był więźniem, przechodząc od celi do celi, w których przetrzymywano jego towarzyszy;
  • grzebał zmarłych z wielkim narażeniem siebie, aż stało się to przyczyną jego pojmania;
  • jako odważny kaznodzieja, gotowy do posługi, uczył — możemy tak powiedzieć — tych, którzy być może nie wiedzieli nawet, jak odnaleźć się w sytuacji rozgrywającej się w tamtych mrocznych dniach ludzkiej historii;
  • upominał grzeszników, gdy karcił partyzantów albo gdy 18 lipca stanął przed niemieckim plutonem egzekucyjnym, aby wyspowiadać aresztowanych młodzieńców;
  • co więcej, pocieszał ich przed pewną śmiercią, a także — choć jest to tylko przypuszczenie — krótko przed własną śmiercią miał dla innych słowo i wiele gestów pociechy na dnie „botte”.

Dlatego mamy przed sobą krótką opowieść o miłosierdziu. O jego miłosierdziu. Tak ks. Capelli dowiódł wierności otrzymanemu powołaniu. Osiągnął duchowe cele swojej sercańskiej konsekracji, widoczne w gotowości do oddania nawet życia i pełnym przyjęciu własnego losu. W jego przypadku dochodziła do tego świadomość bardzo prawdopodobnej śmierci jako następstwa szukania woli Bożej.

I to przeważa nad zniekształceniami oraz ideologiczną retoryką. Wszystko, co przypomnieliśmy o Capellim, mówi o celach i zamiarach wyraźnie kapłańskich, wypływających z wiary. Możemy też porównać, jak dwóch młodych mężczyzn w podobnej sytuacji staje wobec chwili ostatecznej. Młodzieniec zamordowany 18 lipca woła: „Umieram za ideę. Pomścijcie mnie!”. Młody sercanin zamordowany 1 października wykrzykuje: „Jezu mój, miłosierdzia!”. A wraz z towarzyszem męczeństwa: „Przebaczamy”.

21. Złożone okoliczności

W świetle tego, czego SS dopuściło się w całej Europie, czy los ks. Capellego wynikał z jawnej nienawiści do wiary katolickiej? To wielka kwestia, z którą musieli się zmierzyć historycy, teologowie i biskupi Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Papież Benedykt XVI pozostawił nam jednak klucz do zrozumienia jej w liście z 24 kwietnia 2006 roku. Mówi w nim o nazistowskich „strategiach” ukrywania „wyraźnej niechęci do wiary chrześcijańskiej lub do postępowania związanego z cnotami chrześcijańskimi, a pozorowania innych powodów, na przykład natury politycznej lub społecznej” (AAS 98 [2006], 400).[3]

Ze względów strategicznych nazizm nie wyrażał publicznie i otwarcie swojej nienawiści do wiary chrześcijańskiej i Kościoła katolickiego. Dziś jednak środowisko naukowe uznaje antychrześcijański i antykatolicki składnik ideologii narodowosocjalistycznej, szczególnie silnie zakorzeniony w SS. To samo można powiedzieć przynajmniej o założeniach teoretycznych włoskiego faszyzmu, a nawet wczesnego hiszpańskiego falangizmu. Jest to ważny element, skoro sprawcami męczeństwa byli esesmani, a dwóch z nich chełpiło się publicznie słowami: „Due Pastoren kaput”.

Do tego dochodzi kontekst włoski. W przypadku Włoch naziści uważali katolicyzm za „instrumentum regni”, czyli jedną z instytucji, ideologii lub mechanizmów, którymi władza polityczna posługuje się, aby utrzymywać i legitymizować swoje panowanie nad społeczeństwem. Znając wartości moralne głoszone przez Kościół katolicki, widzimy wyraźnie, że rzeczywista pogarda dla wszelkiego prawa moralnego i stanowionego, ludzkiego i Bożego, była w nazizmie obecna, lecz doskonale ukryta. Prawdę tę przykrywały setki procedur biurokratycznych.

W tym kontekście zabójstwo kapłana zazwyczaj planowano skrupulatnie. Ks. Marcin Capelli i ks. Elia Comini zostali pojmani, gdy szli nieść pocieszenie przez sakramenty; zmuszono ich do ciężkiej pracy; zakuto w łańcuchy; nie dołączono ich do innej grupy księży, którzy także zostali zatrzymani; zaliczono ich do grupy niezdolnych do pracy, choć kilka godzin wcześniej dowiedli, że do niej nie należą; zakonników zabito ogniem plutonu egzekucyjnego, a potem granatami ręcznymi; ponieśli śmierć wraz z czterdziestoma trzema innymi osobami; nie pozwolono odzyskać ciał.[4] Wszystko robiono celowo, zgodnie ze strategią unicestwienia: chciano wyraźnie ich wyeliminować, nie pozwalając im udać się do Bolonii i stawić w kurii arcybiskupiej; chciano szybkiej śmierci; chciano śmierci bolesnej i pewnej.

Przez lata wszystkie te działania zasłaniano względami strategicznymi i wojskowymi, które do dziś pozostają bardzo przekonujące dla wielu negujących prawdę o tych wydarzeniach. Współczesne badania historyczne pozwalają jednak rozpoznać w takich zabójstwach jak śmierć ks. Capellego zastosowanie strategii eliminacji, charakterystycznej zresztą dla współczesnych prześladowań. Ks. Marcin był winny tylko dwóch rzeczy: tego, że był przedstawicielem i kapłanem Kościoła katolickiego, oraz tego, że pełniąc apostolat, okazywał miłość ludziom przygniecionym strachem i udręką w tamtych miesiącach terroru, a więc postępował zgodnie z wiarą chrześcijańską. To wystarczyło, aby zadano mu śmierć, której przyczyną była nienawiść do wiary w Jezusa Chrystusa.

W tamtą ciemną, błotnistą noc na nowo jaśnieje — już na całą wieczność — światło młodego sercanina, który oddany w ręce swojego Boga był dobrym pasterzem według Serca Jezusowego. Niech jego błogosławieństwo nadal dociera do licznych ofiar, które błoto historii wciąż przykrywa pod warstwami dni i godzin. Niech jego błogosławieństwo uzdrawia z nienawiści serca przepełnione własnymi racjami, które kryją się i uciekają przed prawdą. Niech jego wstawiennictwo dosięga wszystkich i wskazuje pozostawione przez niego drogi miłości bliźniego. Módl się za nami, błogosławiony Marcinie Capelli!

 

[1] Włochy przystąpiły do II wojny światowej 10 czerwca 1940 r.; w październiku 1939 r. od niespełna dwóch miesięcy trwała wojna w Europie. Przyp. tłum.

[2] W tym miejscu występuje imię Nicola (Mikołaj), natomiast w punkcie 4., przy wydarzeniach z 1939 r., imię Giovanni (Jan). Oba imiona odnoszą się do tego samego kapłana: Nicola było jego imieniem własnym, natomiast Giovanni – imieniem zakonnym (Jan Berchmans) Por. „Necrologium”, s. 182. Według biuletynu sercańskiego CUI 501 (wrzesień 2018), s. 27, przyp. 53, Nicola Zagaria był prowincjałem w latach 1938–1945. Przyp. tłum.

[3] Wypowiedź Benedykta XVI przedstawiono jako dotyczącą strategii nazistów. W liście z 24 kwietnia 2006 r. do uczestników sesji plenarnej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych papież mówi ogólnie o strategiach prześladowcy: coraz rzadziej ujawnia on wprost niechęć do wiary, a pozoruje inne motywy, np. polityczne lub społeczne. Naziści nie są wymienieni w tym fragmencie. Odniesienie papieskich słów do nich jest zastosowaniem dokonanym przez autora książki, a przytoczenie nie oddaje wiernie całego zdania listu. Przyp. tłum.

[4] Według punktu 17 spośród 46 więźniów 41 zabito, 2 zmarło później, a 3 przeżyło, co daje 43 zmarłych łącznie. Tutaj dwóch zakonników i 43 inne osoby oznacza 45 zmarłych. Zachowano liczby źródłowe; właściwa liczba wymaga sprawdzenia. Przyp. tłum.

O autorze

ks. dr Juan José Arnáiz Ecker SCJ

sercanin (Prowincja Hiszpańska), ur. w 1974 roku (Asturia, Hiszpania), wyświęcony na kapłana w 2001 roku. Po ukończeniu studiów z teologii życia konsekrowanego na Claretinum w Rzymie pracował jako nauczyciel i wychowawca w Niższym Seminarium św. Hieronima w Alba de Tormes (Hiszpania). Był zaangażowany w formację jako magister kleryków, socjusz mistrza nowicjatu i nauczyciel historii życia konsekrowanego w Seminarium Stałym „Perfectae Caritatis” w Salamance. Przez pięć lat pracy duszpasterskiej był proboszczem w dwóch wiejskich parafiach, a przez sześć lat radnym prowincjalnym. Był wicedyrektorem Centrum Studiów Sercańskich w Rzymie, obecnie pełni urząd przełożonego Prowincji Hiszpańskiej.

ORCID iD iconorcid.org/0000-0003-0899-900X

ad-1
ad-2

Zgromadzenie Księży Najświętszego Serca Jezusowego (Księża Sercanie)
Sercańskie Centrum Duchowości

02-531 Warszawa, ul. Łowicka 46

+48 22 849 43 51

duchowosc@scj.pl

https://duchowosc.scj.pl/

Facebook Instagram YouTube Wydawnictwo Dehon

Zobacz

  • Sercanie w Polsce
  • Sercanie w świecie

Periodyki naukowe SCJ

  • Periodyk naukowy "Sympozjum"
  • DehonDOCS Originals
  • DehonDOCS International
  • Czasopismo Dehoniana (DehonianaDocs)
  • Studia Dehoniana i Studia Varia

Strony z publikacjami sercanów

  • Ks. Zdzisław Huber SCJ (DehonWiki)
  • Ks. Leszek Poleszak SCJ

© Zgromadzenie Księży Najświętszego Serca Jezusowego (Księża Sercanie)