Ksiądz Elia Comini i ksiądz Marcin Capelli – bracia w męczeństwie
Źródło: L. M. Zanet, Don Elia Comini e Don Martino Capelli fratelli nel martirio, "Vivere Sacro Cuore" 5 (2026), s. 10-13.
Pozwolenie na przedruk i tłumaczenie z dnia 4 września 2026 r.
Tłumaczenie: ks. Leszek Poleszak SCJ
Ksiądz Elia Comini i ksiądz Marcin Capelli – bracia w męczeństwie
1. 29 września 1944 r.: masakra w Creda
29 września 1944 r., w święto Świętych Archaniołów, ważny dzień dla kościoła św. Michała i św. Piotra w Salvaro, od dziesięcioleci powierzonego opiece duszpasterskiej ks. Fidenzio Melliniego: on, kapłan nazywany „biskupem gór” ze względu na swój charyzmat i autorytet, któremu sam św. Jan Bosko przepowiedział kapłaństwo, a który był już w podeszłym wieku i zmęczony, odprawia tego ranka jedną z trzech Mszy Świętych, które następują po sobie w krótkich odstępach czasu. Pozostałe dwie odprawiają ksiądz Marcin Capelli, 32-letni młody sercanin, który następnie udaje się do miejscowości „Casellina”, aby udzielić namaszczenia chorych, oraz 34-letni salezjanin, ksiądz Elia Comini. Wokół apenińskiego obszaru „Monte Sole” roi się od niemieckich żołnierzy, którzy wspinają się na wyżyny, osaczając domy i wioski w kleszczach i niosąc – jak się później okaże – śmierć i zniszczenie.
Kilka godzin wcześniej, gdy jesienne światło z trudem przedzierało się przez mgłę, mieszkańcy obszaru „Monte Sole” obudzili się niemal z przerażeniem na widok nadciągającego 16. batalionu 16. Dywizji Pancerno-Grenadierskiej „Reichsführer-SS”. W jego skład wchodzili: żołnierze przeszkoleni w obozach koncentracyjnych; członkowie „Einsatzgruppen” wyznaczeni do likwidacji Żydów i innych niepożądanych osób; a przede wszystkim niesławne oddziały SS „Totenkopf” czyli „czaszka”.
Po dotarciu do miejscowości „Creda” – niewiele więcej niż zagroda położona na średniej wysokości w pobliżu przełęczy –, uprzedzeni przez donosiciela, który swoim emiliańskim akcentem wprowadzał w błąd, naziści w ciągu kilku minut dopuścili się tam masakry o brutalnym zasięgu, w której zginęło 69 osób, z których najmłodsza miała zaledwie 14 dni. Całe rodziny zostały zniszczone, a Niemcy, po zepchnięciu mężczyzn, kobiet i dzieci pod portyk i otwarciu ognia z karabinów maszynowych, rzucili bomby zapalające: płomienie wybuchły z taką siłą, że esesmani musieli się wycofać, nie wytrzymując ekstremalnie wysokich temperatur. Tymczasem tylko nielicznym udało się uciec, rzucając się z całych sił w dół do lasu, w kierunku Salvaro.
Stamtąd, z dołu, pomimo lasu, wilgoci i mgły, w pewnym momencie zaczyna się dostrzegać dym. Kiedy w końcu przybywa kilku ocalałych, pokrytych krwią, w stanie halucynacji i przerażenia, nie da się zignorować dowodów właśnie popełnionej masakry. Co robić?
Don Elia, który jako jedyny ksiądz zachował siły, w tym psychiczne, by w ciągu kilku chwil zdecydować o losie wszystkich (z ks. Capellim, który był w tym momencie nieobecny), przystępuje do działania. Podejmuje trzy działania, które uzupełniają się nawzajem niezależnie od kolejności, w jakiej zostały wykonane.
2. Całkowite i odważne zawierzenie: ksiądz Elia przechodzi do działania
Przede wszystkim ksiądz Elia modli się i zachęca innych do modlitwy: przygotowuje bowiem zgromadzonych na ewentualną, nieuchronną śmierć, nakazując im odmówić akt skruchy, a sam zatrzymuje się – na kilka znaczących chwil – przed ołtarzem, całkowicie oddając się Bogu: „wciąż w szatach liturgicznych, pokłoniony przed ołtarzem, pogrążony w modlitwie, wzywa dla wszystkich pomocy Najświętszego Serca Jezusowego, wstawiennictwa Matki Bożej Wspomożycielki, św. Jana Bosko i św. Michała Archanioła. Następnie, po krótkim rachunku sumienia i trzykrotnym odmówieniu aktu skruchy, przygotowuje ich na śmierć”.
Zatem, kierując się pragmatyzmem wykształconym przez lata „opieki” salezjańskiej, zdając sobie sprawę, że plebania mieści w tym momencie 60-70 mężczyzn narażonych na śmierć lub przymusową pracę, wprowadza ich do korytarza trudnego do dostrzeżenia z zewnątrz i przysuwa przed drzwi (z siłą fizyczną trudną do wyjaśnienia na zimno) ogromną szafę. Szafa miała próg częściowo nieco uniesiony nad ziemią, ale w tej chwili stanowiła jedyną barierę, jaką można było postawić między tymi ludźmi a SS. Ksiądz Elia, syn Księdza Bosko, który potrafił narażać się na niebezpieczeństwo aż do „lekkomyślności”, gdy chodziło o czynienie dobra, pokładał swoją nadzieję w Bogu, ufając, że sam Bóg zdoła wypełnić lukę, której ludzkie siły nie są w stanie wyrównać: tak się stanie, ponieważ nic nie zostanie zauważone, pomimo potrójnego przeszukania przez SS, a wiele istnień ludzkich będzie można uznać za ocalone.
Ojciec Martino Capelli w Koloseum.
3. „Tak” księży Elia i Marcina
Ksiądz Elia – oto trzeci moment – wkracza zatem w najbardziej decydujące chwile swojego życia: uświadamia sobie, że w Creda są ludzie, którym jest gorzej, że są umierający, którym należy nieść pomoc, ranni, których należy pocieszać, zwłoki, które należy pobłogosławić, oraz oddziały SS, ku którym należy podążać w nadziei (całkowicie kapłańskiej), by powstrzymać je przed realizacją diabelskiego planu.
Wraz z ojcem Martino Capelli, który właśnie powrócił z „Caselliny”, ksiądz Elia stworzył piękną wspólnotę kapłańską już w lipcu poprzedniego roku, po tym jak obaj (kapłani zakonni przebywający gościnnie w wspólnocie diecezjalnej) znaleźli się uwięzieni na tym apenińskim terenie, gdzie Elia urodził się w 1910 roku, a Martino – urodzony w 1912 roku w Nembro w prowincji Bergamo, ale wówczas już wykładowcą w Seminarium Księży Najświętszego Serca Jezusowego [Dehonianów] w Emilii – przybył latem 1944 roku po udzieleniu pomocy dwóm partyzantom skazanym na śmierć, narażając się tym samym na niełaskę niemieckiego Wehrmachtu w rejonie „Burzanella”. Młodzi, o głębokiej tożsamości osób konsekrowanych, obaj od najmłodszych lat kierowani niezwykłymi łaskami ku całkowitemu oddaniu się (ks. Elia z przeczuciem, że wkrótce umrze, ofiarowując się jako „ofiara przebłagalna”; ojciec Martino, inspirując się przykładem meksykańskich męczenników i prosząc Najświętszą Dziewicę o łaskę męczeństwa), mieli jasność co do tego, co teraz wchodzi w zakres obowiązków kapłańskich: starać się przybyć do Credy.
Odziani więc w stułę, w szaty liturgiczne, które wskazują na nich jako kapłanów pełniących swoją posługę, trzymając cyborium z konsekrowanymi hostiami, Martino i Elia, na dziedzińcu przed plebanią, są dwoma młodzieńcami świadomymi ryzyka, przerażonymi z ludzkiego punktu widzenia, ale pewnymi, że zostali powołani do miłości Dobrego Pasterza: zwłaszcza ksiądz Marcin w ostatnich dniach swojego życia dał wyraz bardzo ludzkiemu strachowi przed ryzykiem, na jakie się naraża, podczas gdy ksiądz Elia (jak zeznali naoczni świadkowie), „wziął cyborium z Hostiami (...) i był tak blady, że wyglądał jakby już nie żył”. Błagał: „Módlcie się, módlcie się za mnie, bo mam misję do wypełnienia”, „Módlcie się za mnie, nie zostawiajcie mnie samego!”. Żaden z nich nie jest lekkomyślny: znają ryzyko, ale wiedzą też, że chodzi o pokorną misję kapłańską.
4. „Musimy iść; Pan nas wzywa”
W tej chwili pojawia się „kapłańskie my” księży Elia i Marcina, które nie dopuszcza sprzeciwu, pokonuje siłą Ducha Świętego i właśnie odprawionej/przyjętej Eucharystii lęk przed śmiercią i przeciwstawia się wszelkim próbom odwiedzenia ich od tego: nawet gdy kobiety (naruszając swoje głębokie poczucie świętości osoby kapłanów i nie zważając na to, że mogą wydać się nie na miejscu) to chwytają się sutanny, to ciągną ich za szaty, to nawet obejmują, a w końcu gonią ich w desperackiej próbie powstrzymania ich przed odejściem, wiedząc, że idą na śmierć. Czytamy: „Obejmowałam ich, trzymałam za ramiona, mówiąc i błagając: – Nie idźcie! – Nie idźcie!”; „Ja ciągnęłam ojca Martino za szatę i zatrzymywałam go […], ale obaj księża powtarzali: – Musimy iść; Pan nas wzywa”; „Lidia Macchi […], a także inne kobiety próbowały uniemożliwić im wyjazd, próbowały zatrzymać ich za sutannę, goniły ich, wołały głośno, by zawrócili”. Ksiądz Comini: „Jesteśmy księżmi i musimy iść, musimy wypełnić nasz obowiązek”; „Idźmy, aby zanieść Pana naszym braciom”. „Napędzani wewnętrzną siłą, jaką jest żar miłości i troska misyjna, szli już zdecydowanym krokiem w kierunku Creda, niosąc duchowe pocieszenie”. Wraz z innymi ukrywającymi się mężczyznami byli w tej chwili jedynymi dorosłymi mężczyznami, którzy mieli odwagę skierować się w stronę esesmanów, dlatego słowa wypowiedziane o księdzu Elia odnoszą się w pełni również do nich obu: „Ksiądz Elia [/Ojciec Martino] był dla nas już świętym. Gdyby był zwykłą osobą […], nie wystąpiłby; on również ukryłby się za szafą, jak wszyscy inni”. Zostali schwytani, jak się wydaje, w niewielkiej odległości, przy „pilastrello” przed podjazdem do Credy, i pozbawiono ich znaków kapłańskich. Wyrywano im cyborium wraz z jego skarbem eucharystycznym, którego nigdy więcej nie odnaleziono. Zostali ciężko upokorzeni i poddani torturom psychicznym poprzez zmuszanie ich do bycia świadkami „najbardziej makabrycznych aktów przemocy”. Ksiądz Elia Comini i ojciec Martino Capelli zostali później zauważeni obładowani skrzynkami z amunicją, spoceni, zgarbieni, skuci łańcuchami przy drzewie, w stanie kompletnego wyczerpania, podczas gdy Niemcy spożywali obiad. Pewna kobieta, widząc ich w takim stanie, chciała podejść i z nimi porozmawiać, ale ksiądz Elia natychmiast ją ostrzegł: „Anna, na litość boską, uciekaj, uciekaj”. Powiedziała ona: „Ich plecy tworzyły łuk, który sprawiał, że nosy niemal dotykały ziemi”. Później księża zostali ponownie zauważeni przez dwie inne kobiety – Jolantę i Teresę, niemal niczym kobiety na Drodze Krzyżowej – na czele kolumny zgromadzonych, wspinających się w kierunku Credy: z wielkim trudem nieśli amunicję i taśmy z nabojami, podtrzymując je przed sobą rękami i ramionami...; „byli wyczerpani”.
5. „Za dzieła miłości trzeba płacić cenę”
O zmierzchu tego 29 września, kiedy to w kościele Santa Maria Assunta w Casaglia, położonym na wzgórzach, u stóp ołtarza zamordowano księdza Ubaldo Marchioniego, a zginęło wielu niewinnych ludzi, Elia, Marcin oraz mężczyźni zatrzymani podczas łapanki, ale nie mający nic wspólnego z jakąkolwiek uznaną działalnością partyzancką, zostali uwięzieni w „Casa dei Birocciai”. Od 30 września, po szybkiej selekcji i uwolnieniu garstki osób, w tym księdza Giovanniego Fornasiniego (który również zginie śmiercią męczeńską 13 października), obaj księża zmagają się z uwięzieniem, przesłuchaniami i różnymi próbami mediacji (w tym ze strony komisarza prefekturalnego z Vergato, Emilio Veggetti), które nie przyniosły oczekiwanego rezultatu. Odwiedziła ich także Dina Rosetti Pescio, która przyniosła brewiarz. Przybyła również siostra Alberta Taccini, silna kobieta, która w tych burzliwych godzinach koordynowała wiele spraw, a gdy zbliżyła się do okna, została zaatakowana przez Niemca, upadła na ziemię po uderzeniu pięścią i została zmuszona do podniesienia się kopnięciem.
Siostra Alberta zapisała tę krótką rozmowę, którą przeprowadziła z księdzem Elią, który na kilka chwil wychylił się przez okno; rozmowa ta ukazuje zarówno całkowicie nadprzyrodzone motywy jego ofiary, jak i nienawiść zawartą w jego potępieniu: „– Dlaczego ksiądz Elia tu się znalazł? – a on z uśmiechem na twarzy i oczami pełnymi łez, zwracając się ku niebu, odpowiedział: – Za czyny miłości płaci się cenę. Wkrótce pójdę odebrać nagrodę – i wskazał palcem na niebo. – Nie. Wróci ksiądz do domu, zobaczy ksiądz, przyszliśmy do niego, by zasięgnąć rady, co należy zrobić [...]; Ale don Elia potrząsnął głową: przeczuwał swój koniec”.
Obaj księża pocieszają więźniów, uspokajają ich, nie domagają się preferencyjnego traktowania. Widziano, jak don Elia pomagał młodemu człowiekowi, który, wyczerpany, oparł głowę na jego kolanach i tak zasnął.
Bardzo młody Elia Comini z barankiem na ramionach, symbolem Dobrego Pasterza, który oddaje życie za swoje owce (Chiari 1933).
Obraz zmodyfikowany za pomocą sztucznej inteligencji.
6. Brewiarz księdza Elii, sznur i błogosławieństwo księdza Marcina
Więźniowie zostali podzieleni na dwie grupy: jedna – składająca się z osób „zdolnych do pracy” – została wyprowadzona i skierowana do przymusowej pracy, a następnie mogła wrócić do domu. Druga grupa, składająca się głównie z osób starszych i „niezdolnych do pracy”, ale w której znajdowało się dwóch młodych i zdolnych do pracy księży – Elii i Marcina – wieczorem 1 października 1944 r. została zaprowadzona do „Botte” przy zakładzie konopnym w Pioppe di Salvaro: zbiornika wodnego zasilanego przez rzekę Reno, nad którym rozciągał się pomost. Podzieleni na dwie podgrupy, zostali – najpierw jedni, potem drudzy – przeprowadzeni po kładce i tam zmasakrowani serią z karabinu maszynowego, a następnie wrzuceni do zbiornika wraz z granatami ręcznymi. Obaj księża należeli do drugiej grupy i byli w pełni świadomi losu, jaki ich czeka.
Ksiądz Elia wyznacza ostatnie chwile, kontynuując modlitwę z brewiarza i intonując litanię: w ten sposób przekształca tę surrealistyczną paradę śmierci w modlitewną procesję, w chóralne wezwanie. Niemiec – jak napisano – uderza go gwałtownie w ręce, aby odłożył brewiarz, który wpada do zbiornika. Księdzu Elii własnym ciałem udaje się osłonić mężczyznę, jednego z nielicznych, którzy ocaleli, a który później stał się świadkiem tych wydarzeń. W ostatnich chwilach woła: „Zmiłuj się”. Ksiądz Marcin ze swojej strony woła „Przebaczam” i, już śmiertelnie ranny, „z okropnie rozciętym brzuchem”, w agonii, podnosi się już w zbiorniku, ponad ciałami towarzyszy, i wykonuje wielki znak krzyża błogosławiąc, zanim upadnie z ramionami rozpostartymi w geście krzyża, jakby chciał wszystkich objąć. Jego ciało, pozostające w górze, wyróżniało się w kolejnych dniach sutanną i kordonem Księży Najświętszego Serca Jezusa, pozostając silnym znakiem życia konsekrowanego, poświęconego w jedności cierpienia, w ramach głęboko odczuwanej ofiary za prześladowanych i oprawców. Następnie, z powodu niemożności odzyskania zwłok, 20 dni później otwarto kraty, a nurt Renu, wzburzony przez deszcze, porwał te nieszczęsne szczątki na zawsze: nic już nigdy nie zostało odnalezione.
7. Zjednoczeni, dla wszystkich
Dzisiaj, z życia dwóch kapłanów męczenników, księdza Elii Cominiego i księdza Marcina Capellego, pozostają zatem gesty ich ofiary usque effusionem sanguinis [aż do przelania krwi]: Jezus w Eucharystii, którego pragnęli zanieść umierającym braciom; decyzja o narażeniu życia w celu udzielania sakramentów; liczne uczynki miłosierdzia cielesnego i duchowego, nieustannie wykonywane (co w rzeczywistości oznaczało podpisanie własnego wyroku śmierci, którego wykonanie zostało jedynie odroczone); modlitwa, przebaczenie.... kapłaństwo całkowicie poświęcone nieodwołalnej solidarności z powierzoną im częścią Ludu Bożego. Wyróżnia ich również ta prawość ducha i przejrzystość życia, które kontrastowały z dwuznacznością niektórych osób w jednym z najbardziej rozdartych i tragicznych okresów w historii Włoch.
Pozostaje po nich przede wszystkim ta kapłańska wspólnota, która potrafiła ich zjednoczyć pomimo przynależności do różnych Instytutów zakonnych; która skłoniła ich do poszukiwania tego, co łączy, a nie tego, co dzieli; do współpracy, a nie rywalizacji; do poświęcania energii młodości na służbę starszemu kapłanowi – ks. Melliniemu – faktycznie narażając się na niebezpieczeństwo, by mu pomóc i pozostać przy boku wielu matek i ojców, dobrych i ubogich ludzi, których dziś, poprzez ich męczeństwo, należy również uhonorować. Salvaro było tym, co ks. Luciano Gherardi określił jako „wspólnotę Arki”: miejscem, gdzie przyjmuje się innych, gdzie poświęca się dla nich, a Elia i Martino – dwaj wykształceni księża, znający języki starożytne – zrzucają szaty nauczycieli, by przywdziać szatę służby i ofiary z siebie.
W przypadku księży Marcina i Elii nie mamy do czynienia z jakąś formą bezmyślnego heroizmu, ale raczej z logiczną konsekwencją jasnej tożsamości kapłańskiej, przyjętej bez zanieczyszczeń ani poetyckich swobód, przeżywanej z miłosnym przekonaniem wyrażonym w słowach: „mam obowiązek do wypełnienia”, „jesteśmy kapłanami i musimy iść”. Ich męczeństwo jest zatem zwieńczeniem świętego życia, w całości poświęconego dobru, a dziś przedstawionego wiernym do czci i naśladowania.
Ksiądz Elia w dniu przyjęcia święceń subdiakonatu (Chiari 1934) z brewiarzem ściskanym w dłoniach, który w chwili męczeństwa został mu brutalnie wyrwany uderzeniem kolby karabinu. „Brewiarz będzie dla mnie najpiękniejszą, najważniejszą modlitwą” (Z postanowień wygłoszonych podczas Mszy Świętej Prymicyjnej).
Błogosławiony ksiądz Elia Comini SDB, męczennik
Elia Comini urodził się 7 maja 1910 r. w Calvenzano di Vergato (BO). Już wkrótce trafił tam do „szkoły ognia”, wiary i miłości, prowadzonej przez biskupa Fidenzio Melliniego, który skierował go do salezjanów w Finale Emilia (MO). Spotkanie z księdzem Bosko zachwyciło młodego Elię, który rozpoczął formację u salezjanów. Święcenia kapłańskie przyjął w Brescii 16 marca 1935 r. Uzyskał tytuł magistra literatury na Królewskim Uniwersytecie w Mediolanie, pisząc pracę magisterską na temat dzieła Tertuliana „De resurrectione carnis”, a następnie został skierowany do domów salezjańskich w Chiari (BS) i Treviglio (BG). Nie zapomniał o swojej ojczyźnie i powrócił do niej w 1944 r., kiedy to jego wsparcie dla duszpasterstwa przełożyło się, w obliczu gwałtownych wydarzeń, na heroiczny czyn kapłański na rzecz ludności, a ostatecznie na męczeństwo za to, że pozostał jako „dobry pasterz” u boku swojej owczarni. Został zabity wraz z innymi niewinnymi osobami przez niemieckie SS 1 października 1944 r. w pobliżu zbiornika wodnego zakładu konopnego w Pioppe di Salvaro, po tym jak został schwytany, gdy wraz z księdzem Martino Capellim SCJ niósł ostatnie pocieszenie wiary umierającym w masakrze w Creda, i został ciężko upokorzony. Swoim ciałem osłonił mężczyznę, który zdołał się uratować. Swoje ziemskie życie kończy, intonując litanię i wołając: „Zmiłuj się!”. Był z nim również młody sercanin, ksiądz Marcin Capelli.
Dar jego słowa:
„Módlcie się, módlcie się za mnie, bo mam misję do wypełnienia”.
„[...] za czynienie miłosierdzia płaci się cenę; wkrótce pójdę odebrać nagrodę”.
Błogosławiony ksiądz Marcin Capelli SCJ, męczennik
Nicola Capelli urodził się w Nembro (BG) 20 września 1912 roku. W wieku 12 lat został przyjęty do szkoły Księży Najświętszego Serca Jezusa (Dehoniani), mówiąc: „Przychodzę, by zostać księdzem, i to mi wystarczy”. W życiu zakonnym Nicola przyjął imię „Martino Maria” i, szczególnie poruszony spotkaniem poświęconym meksykańskim męczennikom, poprosił Matkę Bożą z Guadalupe o łaskę, by i on mógł stać się męczennikiem, kierując w ten sposób swoje poświęcenie – w realiach codzienności – ku głębokiemu darze z siebie.
Święcenia kapłańskie przyjął w Imoli 26 czerwca 1938 roku. Pragnął udać się na misje na najbardziej wysuniętych frontach apostolstwa; przełożeni powołują go jednak do odbycia studiów w Instytucie Biblijnym w Rzymie oraz kierują do nauczania. W 1944 roku zgadza się osiedlić na pewien czas w Salvaro, aby wspierać biskupa Fidenzio Melliniego: tam wraz z salezjaninem don Elia Comini zakłada wspólnotę kapłańską i przyjmuje zaproszenie don Ubaldo Marchioniego do głoszenia kazań. 29 września 1944 r. wraz z księdzem Elią udaje się w kierunku „Creda”, aby nieść ostatnie pocieszenie wiary umierającym w tej rzezi. W ostatnich chwilach woła „Przebaczam”, a umierając, kreśli wielki znak krzyża błogosławieństwa nad wieloma braćmi, których życie zostało tego dnia gwałtownie przerwane, wraz z jego własnym.
Dar jego słowa:
„[...] o Maryjo, bądź dla mnie również Matką doczesną. Odnawiam wobec Ciebie moje poświęcenie się”.
„O Dziewico, Królowo meksykańskich męczenników, spraw, abym pewnego dnia i ja stał się męczennikiem Chrystusa Króla i Twoim, Niepokalana Dziewico”.
Publikacja jest dostępna tutaj: https://rivista.sacrocuore-bologna.it/pdf/2026_09_Vivere_5.pdf