Już w młodzieńczych latach księdza Marcina, gdy przygotowywał się do kapłaństwa, pojawiała się u niego nieśmiało, jednak często i dobitnie idea męczeństwa, która z czasem stała się głównym motywem powołania Bożego. Ta myśl prowadziła go po jego drodze i pozwoliła mu przekroczyć wymarzony próg.

Marcin najpierw myśli o męczeństwie, potem przyjmuje go i w końcu prosi o niego jak o łaskę. Podczas gdy jeszcze był młodym studentem napisał swój akt oddania się Matce Bożej Bolesnej oddając Jej wszystko, łącznie ze śmiercią jakakolwiek ona miałaby być. Podpisał ten akt: Marcin Capelli od Matki Bożej Bolesnej (27.03.1931).

W latach przygotowania do kapłaństwa można zauważy dwie linie przewodnie jego duchowości. Z jednej strony było to nabożeństwo do Matki Bożej Bolesnej, powiązane z postawą akceptacji własnej śmierci. To przerodzi się z czasem w pragnienie męczeństwa. Z drugiej strony Marcin Capelli pragnie nieustannie pojechać na misje.

W tym duchu odnawia często swój akt oddania się Matce Bożej Bolesnej powtarzając: Z miłości do Ciebie, Matko Najświętsza, przyjmuję wszystko co podoba się Jezusowi i Tobie, nawet śmierć, niezależnie od czasu i miejsca, tak jak tego chce Jezus i Ty (15.12.1931).

„Oddaję się, ślubuję i poświęcam się Tobie, jako sługa, abyś ukształtowała mnie na Twoje podobieństwo, bym stał się takim, jakim chce mnie mieć Jezus: świętym kapłanem, świętym misjonarzem i męczennikiem Jego Boskiego Serca” (8.12.1931).

Niewiele później, po wysłuchaniu konferencji o męczennikach w Meksyku, pisze: „O Panno męczenników meksykańskich, pozwól także i mnie kiedyś zostać męczennikiem Chrystusa Króla i Twoim. Jestem pewien, że przez wstawiennictwo męczenników meksykańskich udzielisz mi tego” (12.12.1931).

W końcu kiedyś umawia się Matką Bożą: „Kiedyś, o Mamo, zobaczymy się na łożu śmierci, które dla mnie będzie łożem męczeńskim” (1932). Łożem męczeńskim będzie błoto naniesione przez wodę w dole zaczerwienionym krwią.

Ciągle także myśli o wyjeździe na misje. Mobilizuje go także do tego jego siostra Angela, zakonnica we Francji. W związku z tym, zaledwie rok po święceniach, w dniu Zesłania Ducha Świętego, 28 maja 1939 roku, przedstawia swoją prośbę Przełożonym. Ci jednak posyłają go na studia do Rzymu, myśląc że skończy potem jako wykładowca.

Nie opuszcza go myśl o męczeństwie. I Pan prowadził go tą drogą w sposób jasny i określony. Dosłownie sterroryzowany strachem przed Niemcami, ks. Marcin ucieka najpierw do Burzanella, a potem do Salvaro. A właśnie to tutaj napotyka Niemców prowadzących akcję represyjną. To właśnie w tej sytuacji łaska Boża zupełnie go przemienia, tak że staje wobec nich z całą świadomością niebezpieczeństwa. Ta łaska pozwala mu jasno dostrzec zadania jego misji kapłańskiej i wzmaga pragnienie pomagania braciom zagrożonym, rannym i zabitym.

Kiedy wokół niego wydarzenia nabierają przerażającego rytmu, pisze on modlitwę do Matki Bożej, znalezioną potem na kredensiku, w jego pokoju w Salvaro:

„Módl się za nami, zarówno tymi co mają nadzieję jak i przygniecionymi niepowodzeniami, podzielonymi, poszarpanymi nienawiścią, trzęsącymi się na myśl o naszych braciach uwięzionych w przeróżnych zakątkach ziemi. Spodziewamy się najgorszego nieszczęścia dla naszej Ojczyzny. Módl się za poległych na polach bitew, którzy są jak nasze piękne ziarno w czerwcu, jak ofiary niewinne. Ofiarujemy Ci nasze łzy i nasz ból. Poświęcamy Ci najwyższe ofiary ze strony naszych bliskich. W naszym cierpieniu udziel nam Twojego pocieszenia, za każdą naszą ofiarę udziel nam Twojej nagrody i spoczynek wieczny”.

Z modlitwy tej promieniuje głęboka i spokojna już troska o los wszystkich bliskich i spokojne ofiarowanie wszystkich poświęceń. W tym czasie ks. Marcin już pokonał w sobie, po wielu próbach, wewnętrzny bunt wobec ewidentnego zagrożenia śmiercią fizyczną, zabójstwem. Chociaż ciało było słabe jego duch był gotowy zrezygnować z nieprzepartej chęci życia i oddać się całkowicie. Oto ktoś potrzebował posługi kapłańskiej i w tej sytuacji ks. Marcin idzie i trwa na swoim stanowisku do końca.

Można powiedzieć, że powołanie do męczeństwa ks. Marcin znalazł dla siebie jako dobrze przygotowane ubranie. Wobec Niemców okazał strach, ale cóż byłaby to za śmierć w wyniku prześladowań? Męczeństwo czy coś banalnego? Bohaterstwo czy fatalny zbieg okoliczności?

Potem znalazł siłę. Pan dodał mu odwagi. On zaś nie tylko tę śmierć zaakceptował, ale sam świadomie zdąża do takiego zakończenia swojego życia.

Kiedy już przyszedł ten moment, wyrok skazujący zabił człowieka, który już wcześniej poświęcił samego siebie, tak jak Chrystus na krzyżu.

Łoże na którym umiera, to dno studni. Czyż męczennik umiera w łóżku?

Pomiędzy cembrowiną jego ciało pływa w błotnistej wodzie, a daje się rozpoznać po sutannie i kordonie. Kordon był znakiem podjętego umartwienia zaś sutanna służyła mu za tarczę, a teraz owija jego ciało, jak zwykle robi to trumna.

 

Mikołaj Capelli urodził się w Nembro, w prowincji Bergamo 20 września 1912 roku. Wstąpił do szkoły średniej prowadzonej przez Zgromadzenie Księży Sercanów w Albino, również w jego rodzinnej prowincji. Tam od 1924 roku zrobił pięć klas gimnazjum. Pierwsze śluby złożył w Albisoli, prowincja Savona, 23 września 1930 roku przybierając sobie imię Marcina. Potem rozpoczął naukę w Bolonii, najpierw w liceum a potem w Seminarium. W międzyczasie został posłany także do opieki nad młodszymi chłopcami do szkół w Albino i w Trydencie. W 1938 roku, 26 czerwca, otrzymał święcenia kapłańskie. Prosił przełożonych, by pozwolili mu pojechać na misje do Chin. W realizacji tego zamiaru przeszkodził jednak wybuch wojny. Posłano go więc na studia Pisma świętego do Rzymu, na Instytucie Biblijnym, które ukończył z bardzo dobrym wynikiem.

Ksiądz Capelli rozpoczął swoje nauczanie Pisma świętego w październiku 1943 roku w Castiglione dei Pepoli, bo właśnie tam schroniło się całe Seminarium na czas wojny. Wydawało się, że było to miejsce bardzo spokojne i zaciszne. Jednak to właśnie tutaj przechodził front walk między Niemcami a aliantami. Po skończeniu więc roku akademickiego przeniesiono się w inne miejsce, które również wydawało się bardzo spokojne, do Burzanella. Tymczasem i tutaj dosięgły ich macki wojny. 

 

Dojrzewający kłos. Ksiądz Martino Capelli - męczennik z II wojny światowej

Postawa męczenników zawsze budziła wiele kontrowersji. Niełatwo było zrozumieć tych co z pełną świadomością, bez jakichkolwiek oznak szaleństwa, pokonując uzasadniony strach przez śmiercią, dawali świadectwo o innych wartościach niż tylko ziemskie. Nie da się zrozumieć tej postawy, jeśli nie spojrzy się na nią w świetle wiary w Jezusa Chrystusa, który dla zbawienia człowieka dobrowolnie umarł na krzyżu i zmartwychwstał trzeciego dnia. Zaprzeczeniem męczeństwa w rozumieniu chrześcijańskim, jest postawa fanatyzmu religijnego. Nie pozwala ona bowiem trzeźwo oceniać sytuacji, odbiera wolność człowiekowi i rodzi się z niezbyt pogłębionego sposobu przeżywania własnej wiary. Męczeństwo nie jest także jakąś formą romantycznego bohaterstwa, ukazanego barwnie w dobrze znanych nam powieściach. Jednocześnie jest w tej postawie coś intrygującego, co ani oprawcom ani świadkom nie pozwala spokojnie zapomnieć o tych wydarzeniach. Prowokuje ich, nawet po wielu już latach, do opowiadania innym o tym co widzieli.

Właśnie kogoś takiego proponujemy tutaj przywołać. Jest to ksiądz Martino Capelli, sercanin, który zginął z rąk hitlerowców 1 października 1944 roku. Zginął jak wielu innych w tym czasie, a jednak o nim pamiętano inaczej. Dlaczego? To jest właśnie tajemnica męczeństwa.

Był to Włoch, pochodzący z bardzo pobożnego regionu Bergamo, z którego pochodził także błogosławiony dzisiaj Ojciec Święty Jan XXIII. Gdy umierał przeszyty kulami miał zaledwie 32 lata. Nic nie zapowiadało, że tak właśnie skończy swoje życie. Marzył, jak wielu jego rówieśników w tym czasie, o misjach. Swoją bardzo rzetelną pobożność i wielki respekt wobec tego co Boże zawdzięczał przede wszystkim pobożnej rodzinie oraz środowisku w którym się wychowywał.

Zanim Martino wstąpił do Zgromadzenia Księży Sercanów i złożył pierwsze śluby zakonne nazywał się Nicola. Z Sercanami związał się wcześnie, bo u nich ukończył szkołę średnią i potem dalsze studia. Tam uczył się poznawać miłość Najświętszego Serca Jezusowego i godnie na nią odpowiadać. Od samego początku chciał być dobrym i ofiarnym księdzem. Robił wszystko, aby się do tego zadania jak najlepiej przygotować. Po ukończeniu Nowicjatu w Albisoli (prowincja Savona) i złożeniu pierwszych ślubów zakonnych przyjął imię Marcina od Matki Bożej Bolesnej. Wiedział, że Matka Najświętsza najlepiej odpowiedziała na miłość Boga do człowieka i dlatego postanowił iść przez życie przywiązany do Niej. Jej cierpienie było konsekwencją prawdziwej miłości i właśnie od Niej postanowił się uczyć. Chciał więc pojechać na tak trudne misje jak do Chin. Również dlatego, że dojrzewał nieustannie w swoim sposobie odpowiadania Panu Bogu, pojawił się na jego horyzoncie ideał męczennika. Z początku było to jednak coś bardzo niejasnego i mało sprecyzowanego. Z datą 27 marca 1931 roku, czyli jeszcze z okresu studiów seminaryjnych, znaleziono jego akt oddania się Matce Bożej Bolesnej. Polecał się Jej całkowicie i był gotowy przyjąć wszystko, nawet najgorszą formę śmierci. Ze wzruszeniem patrzy się dzisiaj na nakreślony wyraźnym pismem akt i potem podpis: Martino Capelli od Matki Bożej Bolesnej. Nie był to także jakiś jednorazowy romantyczny zryw, ale stał się odtąd ciągłym motywem jego życia. W jego zapiskach znaleziono potem jeszcze więcej podobnych aktów, powtarzanych przy różnych okazjach. W jednym z nich (z grudnia 1931 roku) prosi Matkę Najświętszą by pomogła mu być świętym kapłanem, świętym misjonarzem i męczennikiem Boskiego Serca.

Trzeba jednak przyznać, że chyba nie do końca zdawał sobie jeszcze sprawę ze wszystkich konsekwencji swego idealizmu. Męczeństwo było jednak jego ideałem, który zrodził się w jego duszy pod wpływem szczerej współpracy z łaską Bożą w okresie formacyjnym. I takie jest właściwie działanie łaski Bożej, która nigdy człowieka nie zniewala lecz powoduje nieustanny jego rozwój i dojrzewanie. Ksiądz Martino nie był wcale romantycznym bohaterem, który niczego się nie bał, przezwyciężał wszelkie trudności itd. Przeciwnie! Ideału misjonarza nie udało mu się zrealizować. Na przeszkodzie stanęła wojna, czyli raczej trudności obiektywne. W czasie wojny także starał się roztropnie zbytnio nie narażać. Wysłano go na studia biblijne do Rzymu. Ukończył je z bardzo dobrym wynikiem w lecie 1943 roku. W październiku rozpoczyna więc nauczanie w sercańskim seminarium, które w tym czasie przeniesiono z Bolonii na wieś, do Castiglione dei Pepoli. Chciano po prostu uciec od okropności wojny. Jednak właśnie te okropności dopadają ich również tutaj i kształtują odtąd bardzo mocno księdza Martino i innych jego współbraci. Wszyscy, a więc i on, żyją strachem, obawą o własne życie i o życie bliskich, uciekają przed okropnościami wojny, cierpią głód i choroby. Ucieczka wraz z seminarzystami z miejsca na miejsce, która okazuje się potem jakże nieskuteczna, dodatkowo wpływa na niego i powoduje szybkie dojrzewanie w wierze. Ta zaś pozwala mu coraz dojrzalej oceniać to wszystko co się wokół niego działo. Wyrazem tej dojrzałości jest modlitwa do Matki Bożej, którą znaleziono już po śmierci na szafce nocnej przy jego łóżku. Nie ma w niej już strachu i przerażenia tym wszystkim co ich spotyka, ale znajdujemy tam spokojną i głęboką modlitwę człowieka zatroskanego o bliskich i o swoją Ojczyznę. Oto jej fragment:

Módl się za nami, zarówno tymi co mają nadzieję jak i tymi co zostali przygnieceni niepowodzeniami, podziałami; którzy zostali poszarpani nienawiścią, którzy drżą się na myśl o swoich braciach uwięzionych w różnych miejscach na ziemi. Spodziewamy się najgorszego nieszczęścia dla naszej Ojczyzny. Módl się za poległych na polach bitew, którzy są jak nasze piękne ziarno w czerwcu, jak niewinne ofiary. Ofiarujemy Ci nasze łzy i nasz ból. Poświęcamy Ci wielkie ofiary poniesione przez naszych bliskich. Pociesz nas w naszym cierpieniu, za każdą ofiarę udziel nam Twojej nagrody i spoczynek wieczny”.

Głęboki ślad na wszystkich, a szczególnie na księdzu Martino, pozostawiła publiczna egzekucja dwóch partyzantów, w dniu 18 lipca 1944 roku we wiosce Burzanella. Jednego z nich sam wcześniej wyspowiadał. Po raz kolejny doświadczył, że znajduje się w samym centrum straszliwej wojny i ucieczka przed nią na nic się już nie zda.

Gdy przyszedł ten trudny dzień, ksiądz Martino był już przygotowany. Niedługo po wspomnianej wyżej egzekucji w Burzanella przełożeni posłali go do innej wioski, Salvaro, położonej niedaleko. Był to czas wakacji, nie było wykładów, więc mógł tam pomóc starszemu już księdzu Mellini. Ten ponad osiemdziesięcioletni już kapłan, nie był w stanie podołać obowiązkom duszpasterskim. W samej wiosce był jeszcze inny kapłan, Salezjanin, który opiekował się swoją chorą i samotną matką. Byli więc w trójkę. A fakty zaczęły ich coraz bardziej zaskakiwać i nie było już ucieczki.

Z Bolonii, a potem z potem z Castiglione dei Pepoli uciekali - bo tam przybliżył się front aliancki. Gdy przybyli do Burzanella znaleźli się w centrum starć między partyzantami i Niemcami. Teraz w zagubionej pośród gór wiosce Salvaro ksiądz Martino znalazł się w centrum wulkanu. Oto o świcie 29 września 1944 roku Niemcy, w odwecie za akcje partyzantów, siłami „SS” otaczają całą okolicę i zaczynają „czyszczenie terenu”. Nam Polakom nie trzeba tego wyjaśniać. Wystarczały nawet najmniejsze podejrzenia o współpracę z partyzantami, a całe rodziny były rozstrzeliwane, od niemowlaka do starców, domostwa palone. Do Salvaro jeszcze nie doszli. Obydwaj młodzi księża, widząc co się zaczyna dziać, odprawili ostatnią mszę świętą w święto Michała Archanioła. Po mszy świętej w bocznej zakrystii kościoła, niezbyt rzucającej się w oczy, ukryli około siedemdziesięciu mężczyzn. Kobiety zaś zapełniły kościół i trwały cały dzień na modlitwie. Pod wieczór dotarły do nich wieści o straszliwych rzeczach jakie robili esesmani w wioskach obok. Sami słyszeli tylko dalekie strzały, ujadanie psów i widzieli dym pożarów. Wszyscy byli sparaliżowani strachem. Obaj jednak młodzi kapłani, pokonując strach, postanowili udać się do tamtych ludzi z posługą duszpasterską, z olejami świętymi i komunią świętą. Wierni zdawali sobie sprawę z niebezpieczeństwa i odradzali księżom opuszczanie ich plebanii. Ci jednak, wiedzeni jakąś wewnętrzną siłą, zdecydowali i poszli.

Gdy tylko zjawili się w polu widzenia esesmanów, zostali natychmiast ujęci, poniżeni, brutalnie pobici i zmuszono ich do noszenia amunicji na górę Salvaro. Nazywała się ona tak samo jak wioska. Nie można tam było dojechać samochodami, jednak z góry można było dobrze kontrolować całą okolicę. Uwięzionych potraktowano więc jak juczne muły, które dźwigały ciężary na górę. Okazało się potem, że było tam więcej księży w tej roli. Na noc wszystkich zamknięto w stajni przy parafii w Pioppe, w której pracowali Sercanie. Na drugi dzień oprawcy uwolnili większość księży. Pozostawili jednak ks. Martino i ks. Comini, owego młodego Salezjanina. Ci zrozumieli ku czemu zmierza ten tok wydarzeń. Byli uwięzieni wraz z grupą ludzi chorych i starych. Przedstawiciele lokalnych władz, kolaborujących z Niemcami, wystarali się o zwolnienie przynajmniej księży. Ci jednak zdecydowanie odmówili i nie chcieli skorzystać z ofiarowanej im wolności. Postanowili pozostać z ludźmi przeznaczonymi na egzekucję. Tłumaczyli: albo wszyscy, albo nikt.

Około godziny dziewiętnastej pierwszego października rozpoczął się ostatni akt dramatu. Wszystkich czterdziestu czterech chorych i starych, wraz z dwoma kapłanami, wyprowadzono za wioskę i podzielono na dwie grupy. Następnie strzałami z karabinów maszynowych skoszono ich niczym dojrzały łan. Ich ciała albo sami Niemcy lub też przymuszeni przez nich inni więźniowie wrzucili do błotnistego dołu, rodzaju głębokiej studni. Jeden z rozstrzelanych ludzi przeżył i on opowiedział potem jak ksiądz Martino umierał; jak błogosławił wszystkich do końca i dodawał im otuchy na ostatnią drogę. Gdy go przeszyły kule upadł na twarz z rozłożonymi rękami, dokładnie tak jak robił to wiele razy podczas adoracji Najświętszego Sakramentu w kościele. I ten właśnie akt był dopełnieniem jego wielkiej adoracji Pana Boga. Tak więc Bóg dobiera sobie różne narzędzia, aby czynić wielkie rzeczy dla człowieka.

Proces beatyfikacyjny ks. Martino Capelli został już zakończony na poziomie diecezji w Bolonii. Obecnie całą sprawą zajmuje się odpowiednia kongregacja w Rzymie. Wśród ludzi jednak wciąż żywa jest postać tego kapłana, który choć tak krótko służył Panu, jednak wykonał wielką pracę. Kontynuuje ją zresztą nadal dzisiaj, bowiem wielu modli się do Boga za jego przyczyną i otrzymują łaski. Na każdy czas Pan Bóg posyła odpowiednich ludzi.