Ks. Juan García Méndez, sercanin, męczennik rewolucji hiszpańskiej
Kiedy grudniu 2000 roku ogłoszono w Watykanie datę nowej beatyfikacji, która będzie miała miejsce w dniu 11 marca 2001 roku, wiadomość ta zelektryzowała szczególnie wspólnoty sercańskie na całym świecie. Oto bowiem Ojciec Święty zaplanował wynieść do chwały ołtarzy kolejną grupę męczenników wojny hiszpańskiej z 1936 roku, a wśród nich również sercanina, księdza Juana Maria de la Cruz García Méndez. Jego imię można wprawdzie przetłumaczyć jako Jan Maria od Krzyża, ale z różnych względów konsekwentnie pozostaję tutaj przy jego brzmieniu hiszpańskim.
Proces beatyfikacyjny księdza Juana ciągnął się przez wiele lat. W przekonaniu ludzi, którzy zetknęli się z nim jeszcze za życia lub też w czasie uwięzienia, był to człowiek prawdziwie święty. Tym słowem określało go też wielu świadków na tym procesie. Trybunały kościelne są jednak o wiele surowsze i wymagają konkretnych faktów. Należy bowiem udowodnić, a nie tylko przypuszczać, że kandydat na ołtarze spełnia wszystkie wymagane kryteria. W przypadku męczenników chodziło między innymi o poznanie z jakim nastawieniem do prześladowców umierał, czy dokonał aktu dobrowolnego oddania własnego życia i czy czynił to z miłości do Chrystusa i do Kościoła. Inną grupę trudności stanowiły względy społeczne i w pewnej mierze polityczne. Chodziło bowiem o męczennika z czasów krwawej rewolucji. Hiszpania do dzisiaj leczy rany po tej wojnie domowej. Ponadto w wielu środowiskach na świecie stworzono bardzo romantyczny mit rewolucjonisty, który szlachetnie i po bohatersku przeciwstawiał się obskurantyzmowi i konserwatyzmowi. A to właśnie z tych drugich środowisk rekrutowała się zdecydowana większość męczenników w tej wojnie. Wszystkie więc sprawy beatyfikacyjne kandydatów na ołtarze z tego okresu szły bardzo wolno. Podobnie było ze sprawą księdza Juana. Dopiero w perspektywie przygotowań do Wielkiego Jubileuszu, gdy Jan Paweł II wskazał Kościołowi wielkie bogactwo męczenników XX wieku, ruszyły naprzód również sprawy hiszpańskie. Sprawa księdza Juana była prowadzona przez wiele lat osobno i zajmowali się nią ludzie wyznaczeni do tego przez Ojca Generała zbierając wspaniały materiał. Nowe spojrzenie na wymiar kościelny wydarzeń wojny hiszpańskiej sprowokowało odpowiedzialnych za proces do łączenia tych spraw w grupy. Tak więc również i nasz ksiądz Juan zostanie wyniesiony na ołtarze w grupie innych męczenników, bo przecież wraz z nimi złożył swoją ofiarę Panu Bogu.
Data ta mobilizuje nas sercanów. Jest to jeden z naszych współbraci i pierwszy nasz męczennik. Za nim idzie coraz dłuższa lista tych, którzy idąc drogą charyzmatu pozostawionego nam przez Ojca Dehona doszli do heroicznego wyznawania swojej wiary. Ksiądz Juan oddał swoje życie dla Chrystusa w dniu 23 sierpnia 1936 roku w Walencji. W oczach ludzkich przegrał, ale przecież nasi współbracia hiszpańscy zawsze odczuwali jego obecność w życiu ich prowincji zakonnej. Żyje on również w świadomości ludzi, z którymi się spotkał. Jakie więc znaczenie będzie miało to wydarzenie na placu Świętego Piotra, w dniu 11 marca 2001, kiedy Ojciec Święty wyniesie go na ołtarze, ukaże go oficjalnie Kościołowi? A czy i dzisiaj męczennicy odgrywają jakąś rolę w Kościele, czy są potrzebni szczególnie w świadomości ludzi wierzących? Wspomniane wydarzenie nie może pozostać bez echa, a głównie z punktu widzenia wiary niesie ze sobą wielkie bogactwo. Zdajemy sobie sprawę, iż to przede wszystkim sercanie powinni je odkryć i stąd proponujemy poniższe stronice do refleksji. To nie jest tylko biografia, ale również małe wprowadzenie w głębszą ocenę znaczenia świadków wiary w życiu Kościoła oraz mała pomoc do modlitwy. Niech to wszystko posłuży pomocą naszym zakonnikom, także wszystkim, którzy żyją naszą duchowością miłości i wynagrodzenia Bożemu Sercu.
Życie Juana Marii García Méndez
Powstało już kilka życiorysów księdza Juana García Méndez w innych językach[1]. W dużej mierze dane historyczne, które tu przytaczamy pochodzą z najnowszej publikacji na ten temat księdza Evaristo Martínez de Alegría, przygotowanej w oparciu o materiał zebrany przez postulatora w tej sprawie w Rzymie. Nie ma w nim zatem legendarnych opisów ani opowiadań o cudach, ale ogranicza się raczej do surowych faktów. W tymże duchu pragniemy utrzymać i tę naszą publikację.
Początki
Historia naszego bohatera rozpoczyna się 25 września 1891 roku w miejscowości San Sebastian de los Patos w okolicach Avila. Tam, w bardzo pobożnej i młodej rodzinie urodził się pierwszy syn. Na chrzcie nadano mu imię Marian, bo tak nazywał się ojciec. A trzeba tu od razu dodać, że patronem ojca, a potem także i syna był św. Marian, męczennik rzymski z czasów Dioklecjana, umieszczony w Martyrologium pod dniem 19 stycznia.
Rodzina była bardzo pobożna, a ojciec opiekował się również kościołem w tej miejscowości. On też niejednokrotnie po pracy w polu zbierał ludzi na wieczorną modlitwę. Najczęściej był to różaniec, ale także i inne nowenny, które prawdopodobnie znał na pamięć. Przewodniczył bowiem tym modlitwom. Kapłan pojawiał się w tej wiosce bardzo rzadko. Jedynie w niedziele i święta. Również matka, Emerita, w niczym nie ustępowała swemu mężowi w pobożności. Jak w większości rodzin to właśnie ona miała największy wpływ na jej katolicki klimat. W tym klimacie, stworzonym przez ojca i matkę, wzrastał mały Marian, a także czternaścioro jego rodzeństwa. Nie należy się zatem dziwić, że dość wcześnie pojawiły się u niego oznaki powołania kapłańskiego. Jego korzeni można doszukiwać się właśnie w klimacie religijnym rodziny i wioski, ale także w dotkliwym braku miejscowego kapłana.
Swoją formację rozpoczyna, jak to się często wtedy działo, u własnego proboszcza. Po tym pierwszym okresie wstępuje do Małego Seminarium w Avila, jako student dochodzący. Widać było to możliwe w tych czasach. Po jego ukończeniu otwiera się przed nim kolejny etap, czyli studium teologii i filozofii w Wyższym Seminarium. Tam wychowawcy dostrzegli w nim człowieka inteligentnego, zdolnego, a przy tym ogromnie pokornego. Jego koledzy, którzy zeznawali potem na procesie beatyfikacyjnym, podkreślali jego dobroć, pewną jowialność w relacjach towarzyskich oraz ogromną umiejętność do żartowania ze wszystkimi. Często dodawali również, prawdopodobnie już pod wpływem tego co stało się potem, że już w Seminarium zdradzał wiele cech człowieka świętego. Abstrahując jednak od późniejszych ocen możemy powiedzieć, że miał wiele cech, które ułatwiały mu zjednywanie sobie przyjaciół.
W sercu nosił jednak Marian pewien niepokój. Nosił go od długiego czasu. Był tym bardziej natarczywy, że związany z jego miastem i jego okolicami. Avila, była bowiem miejscem życia i działalności wielkich reformatorów życia zakonnego jakimi byli św. Jan od Krzyża (1542-1591) i św. Teresa (1515-1582), zwana Wielką. I właśnie to myśl o nich budziła w nim ciągłe pragnienie życia jeszcze bardziej poświęconego Bogu, czyli życia zakonnego. Podejmuje pierwszą próbę, jeszcze w czasie studiów w Seminarium i puka to furty OO. Dominikanów. Było to na przełomie 1913/1914 roku. Próba ta szybko skończyła się jednak gorzkim rozczarowaniem. Ze względu na swoje słabe zdrowie Marian musiał opuścić klasztor.
Posługa kapłańska
Po nieudanym doświadczeniu w klasztorze OO. Dominikanów Marian wraca do swojego Seminarium w Avila, kończy studia i 18 marca 1916 roku został wyświęcony na kapłana. Być może właśnie ze względu na owo słabe zdrowie zostaje skierowany do pracy przede wszystkim do malutkich parafii w okolicy Avila. On jednak nie poczuł się tym absolutnie dotknięty. Oddawał się tej pracy ze wszystkich sił. Fizycznie był bardzo niepozorny – niski, wątłego zdrowia. Ludzie często nazywali go między sobą „poquita cosa”, co można przetłumaczyć „takie byle co”, „takie chucherko”. Odnosiło się to jednak tylko i wyłącznie do jego wyglądu zewnętrznego. Bowiem jeszcze dzisiaj pośród ludności Kastylii, w parafiach w których pracował ks. Marian, przetrwała pamięć o jego wspaniałym duszpasterzowaniu.
Na pierwszej placówce w wiosce Hernansancho, gdzie posłał go ksiądz biskup Joaquín Beltrán y Asensio zaraz po święceniach, ludzie do dzisiaj opowiadają o nim jako o człowieku pełnym miłości i gotowym do posługi o każdej porze dnia i nocy. Niektóre co pobożniejsze, a może i ciekawskie kobiety dokonały interesującego odkrycia. Oto ich proboszcz spędzał długie nocne godziny na adoracji Najświętszego Sakramentu. Oczywiście, gdy dowiedziały się one to potem wiedziała szybko i cała wioska. Zresztą nie było trudno zauważyć, jak bardzo ważne miejsce w jego duszpasterstwie zajmuje właśnie cześć Najświętszego Sakramentu i głębokie nabożeństwo do Matki Najświętszej. Dostrzegano to w kazaniach, w sposobie przygotowania nabożeństw. Myśli te przewijały się często w rozmowach z ludźmi itd. Parafianie prawie zawsze mogli go spotkać w konfesjonale, ciągle gotowego służyć im pomocą. Prowokowało to wielu, już nieco oziębłych religijnie, do odnowienia swych praktyk sakramentalnych. Był po prostu dla wszystkich.
Wioski w których pracował były nie tylko małe, ale również bardzo biedne. Ksiądz utrzymywał się tam jedynie z ofiar ludzi. W konsekwencji żył on również w biedzie podobnej do innych. Ale w przypadku księdza Mariana był to jeszcze jakby jego własny wybór. „Nigdy o nic prosił” – powtarzają ludzi o nim do dzisiaj. Nawet nie zbierał składki w kościele, co nawet ci biedni ludzie uważali za niestosowne. On jednak trwał przy swoim, powtarzając że w tej sytuacji nie może inaczej postępować. Na plebanię można było wejść zawsze. Nigdy nie była zamknięta. Umiał pomagać na ile mógł tym, którzy potrzebowali pomocy materialnej, ale jeszcze bardziej duchowej. Ogromnie interesował się ludźmi chorymi, którzy z utęsknieniem czekali na każde jego przyjście.
Tak więc ksiądz Marian, chociaż bardzo skromny i niepozorny, zaczął wywierać coraz większy wpływ na swoich parafian. Liczyli się z nim i z jego opinią w każdej sytuacji życiowej. Najciekawsze, że respektowali go nawet wrogowie Kościoła i przestępcy. Opowiada się bowiem, że kiedyś w jego parafijce wybuchła bijatyka i doszło do użycia broni. Właśnie jeden z przestępców, który zastrzelił wtedy kilku ludzi, nawet nie próbował strzelać do proboszcza pomagającego rannym. Opowiadał potem, że nie mógł, bo wiedział że to jest święty człowiek. Być może już wtedy dostrzegano świętość księdza Mariana, ale są to raczej późniejsze oceny, które zrodziły się pod wpływem męczeńskiej śmierci. Jednak już tam dostrzegano wyraźnie jego głębokie życie z Chrystusem. Jego własna siostra, która pomagała mu na plebanii, odkrywała ze zdumieniem różne formy umartwień jakie brat stosował. I nie chodziło tylko o posty, bo przecież te zauważy łatwo każda gospodyni. Chodziło także o inne umartwienia cielesne, którym poddawał swoje wątłe ciało gdy nikt tego nie widział. Kochające serce siostry potrafiło jednak dostrzec wyraźne ślady tego umartwienia np. na koszuli i innej bieliźnie.
Inną cechą charakterystyczną jego duszpasterstwa był osobisty kontakt z parafianami. Oczywiście mała liczba parafian w wioskach pozwalała na tego rodzaju metody. Długie i serdeczne rozmowy z ludźmi często stawały się po prostu prawdziwymi katechezami. W prostych słowach odkrywał przed tymi zwykłymi ludźmi wspaniałość powołania chrześcijańskiego, tajniki życia nadprzyrodzonego i konieczność łaski bożej. Trudno się więc dziwić, że wielu ludzi zbliżało się coraz bardziej do Chrystusa i do sakramentów. W jego pracy duszpasterskiej nie było nic z wojowniczości lub nachalności. On po prostu był z ludźmi, których też umiał prawdziwie kochać. Ponieważ sam bardzo kochał Boga, Matkę Najświętszą, więc ta jego miłość udzielała się w sposób naturalny i niepostrzeżenie wszystkim wokoło. W wypowiedziach wielu jego dawnych parafian, które zebrano na potrzeby procesu beatyfikacyjnego, przewijały się po wiele razy słowa, że był to prawdziwie święty ksiądz. I chociaż są to oceny poczynione już z pewnej perspektywy, to jednak ich wartość polega na ciągłym potwierdzaniu iż był to „ich proboszcz”, „ich ksiądz”. Patrząc zaś na sposób pasterzowania trudno się temu dziwić. Inna rzecz, że był to jego charakterystyczny „styl” bycia kapłanem, który nie zmienił się do końca jego życia.
Ciągle w poszukiwaniu
Chociaż ksiądz Marian był zawsze bardzo radosny i wszystkim jawił się jako bardzo zadowolony, to jednak nosił głęboko ukryte w duszy wielkie pragnienie życia zakonnego. Niektórym przyjaciołom księżom wyznawał, że ciąży mu życie na parafii. Nie ciążyły mu jednak obowiązki, bo te wykonywał - jak można to było łatwo zauważyć - z prawdziwie apostolską gorliwością i radością. Szukał jednak jeszcze innego życia, w którym mógłby się oddać bardziej modlitwie i kontemplacji. I mimo wielu radości z życia na parafii przejawiał coraz większą tęsknotę za życiem zakonnym.
Jego biskup, by wyjść naprzeciw jego pragnieniom, pozwolił mu na pewną próbę. I on dostrzegał niepokój swego księdza i chciał mu jakoś zaradzić. Otóż w roku 1921/1922 ksiądz Marian, właśnie za pozwoleniem swojego biskupa, podjął obowiązki kapelana w klasztorze Braci Szkolnych w Nanclares de Oca. Ponieważ zakon ten z zasady nie posiada swoich kapłanów, posługę duszpasterską wykonują pośród tych zakonników inni. I właśnie ksiądz Marian chciał przynajmniej w ten sposób zbliżyć się do atmosfery życia o którym tyle marzył. Ten rok umocnił w nim jeszcze bardziej jego powołanie, tak że za kolejną zgodą swojego biskupa puka tym razem do klasztoru OO. Karmelitów w Larrea i tam rozpoczyna Nowicjat. Ale i tym razem, podobnie jak było to w przypadku pobytu u OO. Dominikanów, zawodzi jego zdrowie. Życie zakonne było bardzo surowe i wymagało wielu sił fizycznych. Tego natomiast brakowało księdzu Marianowi. Nie brakło mu natomiast siły duchowej. Nie pogrzebał swoich marzeń o życiu zakonnym, o kontemplacji. Nie traci ducha, ale ciągle ten sam idzie naprzód.
Po nieudanej próbie u OO. Karmelitów wraca do Avila i biskup zlecił mu troskę duszpasterską nad dwoma maleńkimi parafiami: św. Tomasza w Zabarcos oraz w Sotillo de las Palomas. I znowu, opisanymi już wyżej metodami duszpasterskimi ksiądz Marian wpisał się głęboko w serca swoich parafian, poczynając od dzieci, poprzez dorosłych, nie pomijając chorych i starych. Ponieważ sam pałał wielką czcią wobec Najświętszego Sakramentu, ta cześć rozwijała się wszędzie tam, gdzie się pojawił. Ponieważ ogromnie kochał Matkę Najświętszą, wkrótce miłość do Matki Najświętszej w jego parafiach wzrastała w sposób niezwykle zaskakujący. A on ciągle pielęgnował w swoim serce jeszcze inne pragnienie.
I właśnie to Pan sprawił, że kiedyś jego marzenie zaczęło się realizować. Często, gdy jechał do Madrytu, udawał się na modlitwę do kościoła Sióstr od Wynagrodzenia. Tak było i owego pamiętnego dnia w 1925 roku. Przy tym kościele, u sióstr, spotkał księdza Wilhelma Zicke. Był to niemiecki sercanin, który przez wiele lat pracował na misjach w Kamerunie. W wyniku zmian politycznych wywołanych I Wojną Światową musiał opuścić Kamerun ze względu na swoje niemieckie pochodzenie. Być może, że stało się to przypadkowo, ale przecież widzimy w tym rękę Opatrzności. Dzięki temu znalazł się oto w Hiszpanii i tam rozpoczął nową fundację Zgromadzenia Księży Sercanów. Pan Bóg pobłogosławił te jego wysiłki, bo wspólnoty sercańskie szybko zaczęły się mnożyć i rosnąć liczbowo. Zaczęto ich tam nazywać Padres Reparadores, czyli księżmi od Wynagrodzenia.
Tenże właśnie ksiądz Zicke przebywając u Sióstr od Wynagrodzenia w Madrycie, spotkał się w 1925 roku z naszym księdzem Marianem. Czując bratnie serce ksiądz Marian szybko się z nim zaprzyjaźnił. Wtedy to wyjawił mu tajniki swojego serca, mówiąc o ciągle niezrealizowanym jeszcze pragnieniu życia zakonnego. Ponieważ ksiądz Wilhelm łatwo się przekonał i to w krótkim czasie jak bardzo szczere i mocno ugruntowane jest to pragnienie, dlatego opowiedział mu o swoim zgromadzeniu, czyli o Zgromadzeniu Księży Najświętszego Serca Jezusowego. Oczywiście sama osoba księdza Dehona, przedstawiona przez księdza Zicke, a szczególnie jego ideały, zrobiły wielkie wrażenie na księdzu Marianie. Był to ideał wynagrodzenia Bożemu Sercu, poświęcenie życia z czystej miłości na wzór Zbawiciela nie żądając niczego w zamian, odpowiedź na miłość Boga objawioną w Jezusie Chrystusie i niesienie zarzewia Bożej miłości w świat owładnięty nienawiścią i walką klasową. Ideałem Ojca Dehona było założenie Zgromadzenia Żertw Najświętszego Serca Jezusowego. Chodziło mu zatem o takich zakonników, którzy potrafiliby wszystko poświęcić dla Chrystusa i Jego miłości, którzy potrafiliby tę miłość głosić w dzisiejszym świecie. Władze kościelne nie zgodziły się na wspomnianą nazwę nowopowstającego Zgromadzenia, ale jednak ten jego ideał pozostał. Teraz tenże ideał stawał się bardzo bliski księdzu Marianowi. Zapragnął wstąpić do tego Zgromadzenia.
W Zgromadzeniu Księży Sercanów
Gdy ksiądz Marian Méndez wstępował do Zgromadzenia Księży Sercanów w 1925 roku istniał w nim jeszcze zwyczaj przyjmowania nowego imienia, na znak niejako nowych narodzin, nowego powołania. Miało to pewne uzasadnienie biblijne. Pamiętamy historię Abrama, któremu Pan Bóg zmienił imię na Abraham gdy zwierzył mi misję utworzenia ludu wybranego. Podobnie Jezus zmienił imię Szymonowi na Piotr. W tym więc duchu młodzi zakonnicy otrzymywali nowe imię. Ksiądz Marian przyjął także nowe imię, a było to Juan Maria de la Cruz, czyli Jan Maria od Krzyża. Z jednej strony przy jego pobożności maryjnej trudno się dziwić iż pojawia się imię Matki Najświętszej. Natomiast Jan od Krzyża to przecież przywołanie ideału, który wciąż nosił w swoim sercu. Chodzi o świętego Jana od Krzyża, jego rodaka z Avila, wielkiego reformatora życia zakonnego z XVI wieku. To jego droga przez krzyż do świętości była zawsze ideałem księdza Mariana, albo już raczej księdza Juana.
W Nowicjacie zaskakiwał nawet przełożonych swoją gorliwością. Ksiądz Wilhelm, czując się za niego szczególnie odpowiedzialny ze względu na początki powołania, wspierał go na tej drodze. W swoich opiniach podkreślał jego ducha posłuszeństwa, wyrzeczenia i ofiary. Musimy jednak pamiętać, że były to u księdza Juana cnoty praktykowane już od dawna. Zdążyły one już w jego dotychczasowym życiu przynieść wiele owoców, szczególnie na niwie duszpasterskiej. Z drugiej strony były to prawdziwe cnoty, czyli nie tylko jakieś naturalne skłonności, ale świadomie wypracowane postawy. Rozwijał je ciągle. Stały się jego bliskim ideałem. Teraz, gdy znalazł klimat sprzyjający ich rozwojowi postęp był niezwykle zauważalny.
Zdrowie jednak nadal stanowiło dla niego bardzo poważny problem. Podobnie jak było to już wcześniej, przy nieudanych próbach wstąpienia do OO. Dominikanów i potem do OO. Karmelitów, tak i teraz zdawało się że będzie musiał opuścić Nowicjat właśnie ze względów zdrowotnych. Pełen więc ducha wiary podejmuje dramatyczny krok. Modli się do Boga o szczególną łaskę. A modli się bardzo konkretnie. Prosi Pana Boga o łaskę takiego zdrowia, by mógł w tym Zgromadzeniu przepracować dziesięć lat na chwałę Bożego Serca. Było to pod koniec Nowicjatu, a więc w 1926 roku. Trudno nie zauważyć zbieżności tego wydarzenia z datą jego męczeńskiej śmierci, która miała miejsce w 1936 roku. Łaskę otrzymał i jego zdrowie na tyle się poprawiło, że nikt z wychowawców i przełożonych nie miał wątpliwości iż może on złożyć śluby zakonne. Złożył je w Uroczystość Chrystusa Króla, którą wtedy po raz drugi dopiero obchodzono w Kościele powszechnym i to w ostatnią niedzielę października, a nie jak czynimy to dzisiaj w ostatnią niedzielę roku liturgicznego. Złożył swoje śluby w „duchu miłości, oblacji – ofiary i wynagrodzenia”. Były to charakterystyczne cechy postawy Jezusa podczas wypełniania dzieła ludzkiego zbawienia i tę postawę chcieli naśladować duchowi synowie Ojca Dehona. W czasie profesji, czyli obrzędu składania ślubów, ksiądz Juan otrzymał również krzyżyk profesyjny i szkaplerz Zgromadzenia. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, bo otrzymywali je wszyscy zakonnicy sercańscy gdy składali swoje śluby. Warto to jednak podkreślić, bo te cenne „drobiazgi” pojawią się znowu w innym momencie jego życia, tam gdzie dopełniła się jego ofiara.
Gorliwy zakonnik
Po skończeniu Nowicjatu podjął normalne obowiązki we wspólnocie sercańskiej. Nie była ona jeszcze wielka, ale miała już znaczące dzieła i potrzebowała odpowiednich ludzi. Bardzo często w realizacji tych dzieł brakowało właśnie ludzi, szczególnie brakowało ludzi wykwalifikowanych. Zdawało się, że tego nie da się „przeskoczyć”. Jednak duch ofiary i wynagrodzenia, który był bardzo żywy we wspólnotach sercańskich sprawiał, iż umiano liczyć Bożą pomoc i nie szczędzono sił by z nią gorliwie współpracować. To właśnie w takich okresach powstały najwspanialsze dzieła. Na gruncie poświęcenia, gorliwości, miłości i ofiary. W nurt takiej właśnie pracy zaangażował się ksiądz Juan. Przez rok pracował w szkole apostolskiej w Novelda, gdzie uczył religii i pomagał okolicznym duszpasterzom. Chociaż bardzo kochał swoich uczniów i oni to odczuwali, to jednak brakowało mu talentu pedagogicznego. Był tam jednak potrzebny.
Szkoła apostolska, był to rodzaj szkoły średniej dla chłopców pochodzących z ubogich rodzin. Często kończyli oni swoją edukację tylko w szkole wiejskiej, bo ich rodzice nie mieli środków na jej dalszą kontynuację. Takie możliwości oferowały natomiast różne zgromadzenia zakonne poprzez prowadzenie właśnie szkół apostolskich. Rodzice nie musieli opłacać czesnego, a jeśli to robili to tylko w jakieś symbolicznej formie. Chłopcy natomiast mogli zdobywać wykształcenie, które ułatwiało im start w życiu. Z drugiej strony szkoły takie stanowiły ważne źródło powołań kapłańskich i zakonnych. Chłopcy ci bowiem pochodzili z bardzo dobrych ale ubogich rodzin i danie im szansy na wykształcenie otwierało przed nimi również drogę do realizacji powołania kapłańskiego.
Ksiądz Juan pracując wśród takich chłopców jako wychowawca, sam nie zapomniał o własnej formacji. Ciągle w kontakcie ze swoim Mistrzem Nowicjatu i doskonale wtopiony we wspólnotę dojrzewał do dawania coraz pełniejszej odpowiedzi na wołanie Boskiego Serca. A było to wołanie o niesienie miłości tam, gdzie wszystko opanowała nienawiść. Jakimś cichym pragnieniem księdza Juana jeszcze z dawnych lat było oddanie się życiu kontemplacyjnemu. Postępując teraz w swojej formacji wewnętrznej pragnienie to odezwało się znowu. Widział bowiem, że Zgromadzenie w którym złożył śluby zakonne ma raczej charakter duszpasterski. Nie chcąc zaniedbać łaski Bożej podejmuje kolejną próbę weryfikacji swojego powołania. Za zgodą przełożonych i przy wyraźnym poparciu księdza Wilhelma postanawia podjąć próbę w klasztorze OO. Trapistów w Cóbreces. I to doświadczenie trwało bardzo krótko. Znowuż problemy zdrowotne zmusiły go do powrotu. Wspólnie z przełożonymi, z bliskim mu księdzem Wilhelmem i Mistrzem Nowicjatu doszedł do wniosku, że Pan Bóg chce mieć go we wspólnocie sercańskiej. Tu więc skończyły się jego poszukiwania.
Z tego okresu należy zauważyć jeszcze inne ważne wydarzenie. Był to wyjazd – pielgrzymka do Rzymu w 1927 roku. Już wiele razy dawał wyraz swojemu zainteresowaniu historią świętych, a szczególnie męczenników. Zbliżenie się jednak do świadków wiary pierwszego Kościoła, w sposób tak konkretny jak można to zrobić w Rzymie, pozostawiło na nim ogromne wrażenie. Było ono na tyle zauważalne, że zostało zapamiętane przez towarzyszy jego pielgrzymki. Opowiadali oni potem, że trudno go było wyciągnąć z katakumb świętego Kaliksta, od grobu św. Cecylii itd. Miejsca te już same z siebie prowokują człowieka do głębszej refleksji, a w przypadku człowieka wierzącego budzą w nim uczucia, których sam nie potrafi potem wytłumaczyć. Jest rzeczą ogólnie znaną z tradycji chrześcijańskiej, że z katakumb wychodzi się umocnionym w wierze. Ksiądz Juan, gdy opuszczał katakumby miał powiedzieć do swoich przyjaciół: Mój Boże, jakżesz wielką łaską jest męczeństwo. I znowu możemy powiedzieć, że Pan Bóg przygotowywał swojego sługę na najważniejszy moment jego życia. To co stało się prawie dziewięć lat później nie mogło być przecież dziełem przypadku.
W czasie swej podróży miał jeszcze jedną wielką radość. Jadąc z Rzymu zatrzymał się bowiem w Lourdes. Kiedy jeszcze podróżował po Hiszpanii zawsze starał się nie opuścić żadnego sanktuarium maryjnego. Nawet najkrótsza chwila modlitwy w nim dawała mu niezwykle wiele siły do dalszej pracy. Często też wyszukiwał sanktuaria najbardziej zagubione na ziemi hiszpańskiej i udawał się do nich przekonany o szczególnej obecności Maryi w tych miejscach. Pobyt więc w Lourdes stał się dla niego wielką łaską. Wspomnienia z chwil spędzonych na modlitwie przed Grotą Massabielską do końca życia będą u niego świeże. Niejednokrotnie powracały one w opowiadaniach przekazywanych barwnie chłopcom z innej szkoły apostolskiej, tym razem w Puente la Reina. Tam bowiem został posłany po swojej pielgrzymce do Rzymu i do Lourdes.
Kwestarz i poszukiwany kaznodzieja
Nowe zadanie, jakie teraz musiał podjąć ksiądz Juan w szkole apostolskiej w Puente la Reina, stanowiło wielką próbę dla niego samego. Szkoła apostolska, jak już to zostało powiedziane wcześniej, była rodzajem szkoły średniej przede wszystkim dla chłopców z ubogich rodzin. Nie były one w stanie zapłacić za edukację swoich synów, więc utrzymanie szkoły spoczywało całkowicie na barkach Zgromadzenia. A trzeba powiedzieć, że szkoła w Puente la Reina przeżywała okres wielkiego rozkwitu. Pękała w szwach. Często jednak brakowało nawet jedzenia. Te dotkliwe braki spędzały sen z powiek przełożonym, a szczególnie księdzu Wilhelmowi. Trzeba było po prostu zbierać pieniądze i inne środki na utrzymanie tej szkoły kwestując od domu do domu. Tak robili już zakonnicy w średniowieczu. Pośród tych trudności i rozterek przełożonych pojawiła się osoba księdza Juana. Jego cechy naturalne i te rozwinięte w czasie formacji predestynowały go do tego celu znakomicie. Niestety, ks. Juan musiał podjąć decyzję i dokonać ofiary z tego co najbardziej kochał. A było to przebywanie we wspólnocie zakonnej i poszukiwanie kontemplacji. Posługa kwestarza zmuszała go do długich nieobecności w klasztorze, do ciągłego zmieniania miejsca noclegu i do szukania bardzo wielu kontaktów z ludźmi. I tu objawia nam się prawdziwy mąż Boży. Decyzję przełożonych przyjął jak wolę Bożą. Zaangażował się do tej pracy całkowicie, a by nie stracić ducha zakonnego ułożył sobie bardzo dokładny program dnia, który starał się w miarę możliwości realizować. Nic nie czynił bez zgody przełożonych. To oczywiście wpływało nadal na jego postawę wiary i miłości do Chrystusa. Emanował z niego Boży pokój i dlatego ludzie cieszyli się z każdego spotkania z nim. A on sam, pełen ducha ofiary na każdym kroku, czyniąc wszystko z miłości do Chrystusa i w duchu wynagrodzenia Bożemu Sercu, ofiarowywał Mu każdy dzień swojej posługi z wciąż nowym zaangażowaniem i nową świeżością.
Podróżując teraz wiele, szczególnie po rejonie Navarry i Kraju Basków, wykorzystywał tę szczególną okoliczność do apostołowania. Widział w tym swoją niezwykłą szansę. Spotykając różnych ludzi, z właściwą sobie prostotą, zupełnie tak jak było to już wcześniej w jego pracy duszpasterskiej, starał się wszystkich napotkanych ludzi zbliżać do Boga. Roznosił, jak powiedziano potem o nim, „wspaniały zapach Chrystusa”. Odczuwano to wszędzie gdzie docierał. Tam gdzie musiał nocować, nigdy nie szukał dla siebie żadnej wygody. Zadowalał się tym, co mu podano. Ludzie, którzy początkowo z różnych powodów chcieli go zlekceważyć lub odtrącić, często potem szukali kontaktu z nim, zachwyceni jego postawą i podejściem do życia. On po prostu był dla nich wszystkich. Nie gromił, nie krzyczał, nie wydawał rozkazów, nie potępiał, był dyskretny, a jednak zawsze zauważalny. Prawdziwy sługa Chrystusa z Ewangelii. Umiał bowiem być bardzo zdecydowany. Zmuszony nocować w gospodach, znalazł się nieraz w różnych sytuacjach. Gdy widział, że coś uwłaczało chrześcijańskiej i ludzkiej godności– reagował. Opowiadają o nim, że kiedy widział w jakimś miejscu obrazy o treści niemoralnej prosił by je usunięto. Gdy to nie pomagało starał się je kupić nie dbając o cenę, a następnie je niszczył. Były to jednak epizody, a ludzie bardziej pamiętają go jako dobrego księdza, który umiał pomagać ludziom potrzebującym.
Jeden ze świadków w procesie beatyfikacyjnym, ks. Ignacio Vaglia, opowiedział o niezwykłym wydarzeniu którego bohaterem był właśnie ks. Juan. W swoich kwestarskich wędrówkach zawędrował kiedyś do znanej mu dobrze rodziny państwa Ferrerów w Pamplonie, która już niejednokrotnie ofiarowała mu pomoc dla szkoły apostolskiej. Tym razem, gdy zapukał, otworzyła mu pani domu. Jej twarz naznaczona była ogromnym bólem i przerażeniem. Jedynie krótko go poinformowała, że mąż nie może mu w tej chwili pomóc. Wybiera się do szpitala. Ich córka bowiem jest bardzo chora i za kilka godzin będzie miała tracheotomię. Ksiądz Méndez odwrócił się z pośpiechem i prawie biegiem udał się do kliniki św. Michała, powtarzając drogą cały czas wkoło modlitwę: „Panie, ta którą kochasz jest chora!” To tak samo informowano kiedyś Jezusa o chorobie Łazarza (por. J 11,3). Gdy wpadł do kliniki, nie bacząc na protesty lekarzy i pielęgniarek dotarł na intensywną terapię. Zbliżył się do leżącej dziewczyny, trącił ją z lekka i rozkazał jej: „mów!”. Na oczach zdumionych lekarzy a ku wielkiej radości rodziców dziewczyna zaczęła z powrotem mówić. Chociaż to wydarzenie może się wydawać nieco legendarne, zostało jednak zapisane w aktach procesu beatyfikacyjnego. Niezależnie od tego ile w nim jest prawdy historycznej ilustruje ono doskonale postawę głębokiej wiary i gotowość służenia drugiemu pomocą ze strony księdza Juana.
Innym razem, w czasie odwiedzania dobroczyńców w jeden z wiosek, ks. Méndez dowiedział się jak bardzo pewna matka przeżywa aresztowanie swojego syna, kapucyna i misjonarza w Chinach. Udał się do niej natychmiast, by ją pocieszyć. W rozmowie przekonywał ją jak wielką sprawą jest cierpieć i umrzeć dla Chrystusa. „Pani syn jest męczennikiem!”. Członkowie tej rodziny zapamiętali również zdanie – westchnienie, jakie wyrwało się księdzu Juanowi w czasie tej rozmowy: „Gdybym i ja mógł mieć to szczęście być prześladowanym i umrzeć dla Chrystusa!”. Również i to świadectwo zostało złożone w procesie beatyfikacyjnym.
Najważniejsze jednak co czynił, to szukanie pomocy materialnej dla szkoły apostolskiej. Nazwano go w hiszpańskiej prowincji zakonnej mężem opatrznościowym, ponieważ wkład jaki wniósł w utrzymanie szkoły był wprost nieoceniony. Ludzie widząc jego postawę i dobroć ufali mu i dzielili się z nim tym co mieli. Z tego kontaktu z ludźmi narodziło się także wiele powołań do Zgromadzenia Księży Sercanów. Urzekał on młodych ludzi, choć ciągle pozostawał skromny i pokorny. Jeszcze dzisiaj wielu hiszpańskich Sercanów powtarza, że wstąpili do Zgromadzenia dzięki spotkaniu z księdzem Juanem.
On sam pozostawał ciągle wierny gorliwości jaką nabył w Nowicjacie. Adoracja Najświętszego Sakramentu była dla niego niezbywalnym punktem programu każdego dnia i zdaje się, że to właśnie tam rozwiązywało się wiele jego problemów. Każdy Pierwszy Piątek miesiąca starał się przebywać w swojej wspólnocie. Kochał ją. Tam reperował swoje siły. Dla niej żył i służbie Chrystusowi w tej wspólnocie oddawał się całkowicie. We wspólnocie dał się poznać również jako człowiek bardzo głęboki i oczytany. Przejawiało się najczęściej w czasie wspólnych spotkań, w czasie których próbowano rozwiązywać trudniejsze zagadnienia natury moralnej zgodnie z nauką Kościoła. Pomagało to potem kapłanom w czasie ich posługi w konfesjonale, gdy mieli pomagać ludziom w ich problemach. Nieraz zaskakiwał wszystkich głęboką wiedzą teologiczną i znajomością Ojców Kościoła. Tych ostatnich potrafił nieraz cytować całymi passusami.
Ci, którzy byli uczniami szkoły apostolskiej za jego czasów z wielką nostalgią wspominają chwile, kiedy to w krużgankach siadał z nimi i opowiadał im o ludzkich problemach na jakie napotykał się w swoich wędrówkach. Powracały też niejednokrotnie wspomnienia z podróży do Rzymu i do Lourdes. Chociaż nie bardzo radził sobie z utrzymaniem dyscypliny wśród chłopaków, to przecież ci kochali go niezmiernie. On z nimi po prostu był, uczył ich różnych żartobliwych piosenek, co wzbudzało niezmierną radość w całej wspólnocie. Jednego nie lubili u niego. Nie lubili służyć do Mszy świętej, którą on odprawiał. Była ona zawsze bardzo długa. Ksiądz Juan zdawał sobie zresztą sprawę z niecierpliwości chłopców i kiedy chciał nieraz pozostać dłużej na modlitwie i dziękczynieniu po prostu ich odsyłał. Sam kończył potem spokojnie Mszę świętą. Działo się to głównie w święta Matki Bożej i niektórych świętych, jak św. Filipa Neri.
W czasie kwestowania ksiądz Juan musiał niejednokrotnie spotykać się różnymi duszpasterzami i proboszczami. Ci, urzeczeni jego postawą, zapraszali go potem z kazaniami. A gdy rozeszła się fama jak jest wspaniałym kaznodzieją, z jakim znawstwem ludzkich problemów podejmuje tematy ewangeliczne, jak głęboko zna sprawy Boże i jak wielki talent oratorski posiada, zaproszeniom nie było końca. Był po prostu rozchwytywany.
Chociaż jego działalność ograniczała się zasadniczo do Navarry i Kraju Basków, regionów Hiszpanii najbardziej katolickich i oddanych Kościołowi, to jednak i tu zaczęto coraz bardziej odczuwać wpływy rewolucji komunistycznej. Próby zepchnięcia działalności duszpasterzy jedynie do zakrystii i do kościoła z czasem zaczęły odnosić również i tutaj swój złowieszczy skutek. Zaczynała się wielka tragedia.
Rewolucja hiszpańska
Ruch rewolucyjny w Hiszpanii pojawił się już w latach dwudziestych. Przyczyn było wiele. Między innymi był to kryzys samej monarchii, która nic nie robiła by sytuację naprawić. Postępujące zubożenie społeczeństwa, trudna sytuacja rosnącej grupy robotników budziły pragnienie zmiany w społeczeństwie. Na ten podatny grunt nakłada się następnie wciąż rosnąca agitacja komunistyczna, znajdująca swoje oparcie w Międzynarodówce i w Związku Radzieckim. Nie można także zapomnieć o działaniu zorganizowanych sił antykatolickich, które od połowy dziewiętnastego wieku wykorzystują każdą sytuację by niszczyć to co kościelne. Otóż Hiszpania, jako kraj katolicki znalazła się również w obiektywie ich propagandy, a swoje oparcie znajdowała ona w rządowych kręgach samej Europy jak i Meksyku.
W roku 1930 ruch rewolucyjny zaznaczał się już bardzo mocno w społeczeństwie. Po zwycięstwie lewicy w wyborach administracyjnych w roku 1931 król Alfons II opuścił Hiszpanię. To dało sygnał do ogłoszenia Hiszpanii republiką 14 kwietnia 1931 roku. Wszyscy oczekiwali zmian polityki i zmian społecznych. Sytuacja była bowiem już zbyt nabrzmiała. Znaczna część społeczeństwa chciała cokolwiek zmienić, mało kto jednak interesował się tym, w którym kierunku mają pójść potem owe zmiany. A sytuacja wymknęła się spod kontroli również samym autorom nowego porządku. Zmiany dokonywały się oczywiście pod wspaniałymi i chwytliwymi hasłami wolności i demokracji. Ludzie przyjmowali je jako dobrą monetę i łatwo dali się im uwieść. Czując zaś silne poparcie społeczne władze republikańskie, obok innych reform, wprowadzały także jedną po drugiej również ustawy skierowane przeciw wolności religijnej. Ich skutkiem było stopniowe ograniczenie sprawowania jakiegokolwiek kultu religijnego poza obrębem świątyń. Klasztory, a często nawet kościoły i inne budynki kościelne ulegały konfiskacie na rzecz republiki. Zakonom zabroniono prowadzenia szkół i zakładów wychowawczych. Ostały się jeszcze chwilowo jedynie seminaria duchowne. Szerzyły się aresztowania duchowieństwa i zakonników. Podpalono kilkadziesiąt kościołów i klasztorów. W 1932 roku parlament uchwalił rozwiązanie zakonu jezuitów, wywłaszczenie wszelkich własności kościelnych i wypędzono z kraju prymasa. Coraz bardziej jawnym się stawało dla ludzi, że nie była to już walka o prawa człowieka i o wolność, ale świadome zwalczanie Chrystusa i Kościoła.
Zaczęto to dostrzegać w samej Hiszpanii oraz poza jej granicami. Oficjalnie wyraził to Pius XI w roku 1933 w swojej encyklice „Dilectissima nobis”. Wskazał w niej, że inspiratorami tej walki są wrogowie wszelkiego porządku religijnego. Jego diagnoza potwierdziła się bardzo wyraźnie w czasie drugiej rewolucji hiszpańskiej, która wybuchła w 1936 roku i trwała aż do wybuchu II Wojny Światowej. Wtedy to na pomoc rewolucjonistom ściągały oddziały komunistów z całej Europy, uzbrojone najczęściej przez Związek Radziecki. Raz zakorzenione zło trudno było teraz powstrzymać.
Terror rewolucyjny wzmagał się coraz bardziej. W lutym 1934 roku w Asturii ekstremistyczna lewica narzuciła dyktaturę proletariatu. W ciągu kilku zaledwie dni zamordowano wtedy 34 duchownych i spalono 58 kościołów. Kiedy w lutym 1936 roku lewica hiszpańska przejęła całkowicie władzę w kraju rozpoczął się okres terroru i anarchii. Zaczęło również wzrastać niezadowolenie wielu grup społecznych. Tak więc w koloniach hiszpańskich 18 lipca 1936 roku wybuchło powstanie wojskowe (Alzamiento Militar) pod wodzą generała Franco. Poparły go natychmiast garnizony w samej Hiszpanii. Oczywiście, był to początek okrutnej wojny domowej, która tak straszliwie naznaczyła losy Hiszpanii w XX wieku. Otóż powstanie generała Franco spowodowało oszalałą reakcję ze strony władz rewolucyjnych. Widząc, że sympatie duchowieństwa stoją raczej po stronie powstania, rozpoczęło się wtedy potworne prześladowanie i zabijanie duchowieństwa, zakonników, zakonnic i świeckich, którzy oficjalnie odważyli się deklarować swoją przynależność do Kościoła katolickiego. W samym tylko miesiącu sierpniu tego roku zostało zabitych w Hiszpanii 2077 duchownych, w tym dziesięciu biskupów. W samej Valencji, gdzie znajdzie się potem ks. Juan Méndez, na 1200 kapłanów diecezjalnych zostało zabitych 327. Było to więcej niż jedna czwarta całej ich liczby.
Wojna domowa zawsze jest czymś potwornym w dziejach różnych narodów, ale ta pozostawiła szczególnie głęboką ranę. Stało się tak być może dlatego, że nie chodziło tu tylko o zmiany społeczne i polityczne, ale władze rewolucyjne postawiły sobie jako jeden z priorytetów walkę z religią katolicką i z Kościołem. Stąd potem to szalone i bezsensowne okrucieństwo. Podsumowując ten okres można powiedzieć, że tylko ze strony hierarchii Kościoła katolickiego ilość ofiar sięga zastraszającej liczby. Zamordowano bowiem 13 biskupów, 4194 kapłanów, 2365 zakonników i 283 zakonnic[2]. Wierzących katolików, którzy oddali swoje życie za wiarę, trzeba liczyć zaś na setki tysięcy. Ich ciała znajdowano potem najczęściej we wspólnych dołach, tak charakterystycznych dla każdej rewolucji.
W stronę ołtarza ofiarnego
Czasy w których teraz wypadało prowadzić działalność apostolską wymagały niezwykłego hartu ducha od kapłanów i wiernych. I okazuje się, że najskuteczniejszą odpowiedzią jaką może dać w takiej sytuacji wspólnota chrześcijańska jest właśnie wzmożenie gorliwości i gotowość do całkowitej ofiary, nawet do ofiary z własnego życia. Tego uczy nas znowu historia Kościoła. Ponieważ całe życie i posługiwanie księdza Juana było przepełnione gorliwością i ofiarnością dla Chrystusa, więc trudno się dziwić że w okolicznościach jakie pojawiły się teraz zaczęło u niego dojrzewać pragnienie całkowitej ofiary dla Chrystusa, dla Kościoła i dla Hiszpanii. Były to coraz częstsze myśli o męczeństwie. Nie były one być może zbyt jasno formułowane przez niego samego i dlatego niezbyt na nie zwracano wtedy uwagę, ale gdy ofiara została dopełniona wtedy przypomniano sobie owe zdania i myśli jakie wypowiadał on już wtedy, gdy nikt jeszcze niczego się nie spodziewał.
Do takich świadectw należy i to, które złożyła jego bratowa. Gdzieś na początku 1936 roku ks. Juan udał się bowiem w odwiedziny do swojej mamy i brata. W rozmowie wszyscy wyrażali niepokój w związku z zaistniałą sytuacją społeczną i polityczną. Nie trzeba było być wielkim prorokiem, by dostrzegać jak nad Hiszpanią zbierają się czarne chmury nowej wojny domowej. Ksiądz Juan też widział ją na horyzoncie. On jednak przy tej okazji wyraził chęć oddania swego życia za Chrystusa, za Kościół i za Hiszpanię. Powiedział do swojego brata: „Wiktorze, ten kto ma szansę przelania własnej krwi dla Chrystusa musi być szczęśliwy!”. Pragnienie męczeństwa jakoś zatem kiełkowało w tym sercu tak bardzo oddanym Chrystusowi i Jego miłości.
A sytuacja stawała się coraz bardziej groźna. Tymczasem w małej wspólnocie sercańskiej zachodzą ważne zmiany. Biskup miasta Cuenca powierzył im w 1936 roku opiekę nad sanktuarium Matki Bożej w Garaballa, opuszczonym przez OO. Trynitarzy. Było to mocno na rękę sercanom, ponieważ szukali oni ustronnego miejsca na Nowicjat i jednocześnie na klasztor, w którym niektórzy zmęczeni zakonnicy mogliby podreperować swoje siły. Miejsce było rzeczywiście wspaniałe. Jednak sytuacja społeczna w tej okolicy była zupełnie odmienna od tej jaka panowała w Navarze. I właśnie do tej nowej wspólnoty, w tym nowym miejscu został skierowany z początkiem lipca ks. Juan. Przełożeni zdecydowali się posłać go tam, gdyż znowu jego zdrowie zaczęło mocno szwankować.
Wspomnieliśmy, że ludzie byli tutaj nieco inni jak w Navarze. Była to ludność bardzo biedna i również zaniedbana pod względem religijnym. Idee rewolucyjne były pośród nich dość mocne. Kiedy w ich wiosce pojawiła się wspólnota sercańska przyjęli ją z dystansem, bez entuzjazmu. Sytuacja jednak zaczęła się zmieniać całkowicie po wyborach majowych. Ludność ta zaczęła przejawiać coraz bardziej wrogość. Tylko nieliczni wyłamywali się z tej ówcześnie panującej „mody”.
Ksiądz Méndez, mimo że przyjechał na wypoczynek, wcale nie zamierzał pozostać zupełnie obojętny na to, co działo się poza ogrodzeniem kościoła i klasztoru. A sytuacja wzywała ... Na pierwszym miejscu była to sytuacja duszpasterska. A była ona bardzo trudna. I trudno się temu było nawet dziwić. Otóż niejeden proboszcz, zastraszony przez bojówki rewolucyjne, opuszczał swoją parafię lub po prostu ukrywał się. Przychodziły kolejne niedziele i święta a dzwony kościołów milczały, bramy pozostawały na głucho zamknięte i wszędzie zdawał się panować porządek rewolucyjny, w którym nie mogło być miejsca na sprawy Boga. I prawdopodobnie tenże porządek utrzymałby się w przestraszonym społeczeństwie, gdyby nie tacy ludzie i kapłani jak ksiądz Juan. Nie uległ on ogólnej sytuacji zniechęcenia i zastraszenia. Ciągle czuł kapłanem powołanym do pilnowania Bożego stada. Gdy szedł przez wieś i słyszał jak ktoś przeklina lub złorzeczy miał odwagę upomnieć go. A że robił to w sobie właściwy sposób, z ogromną dobrocią choć jednak stanowczo, nie wzbudzało to początkowo złych reakcji. Widząc pozamykane w niedzielę okoliczne kościoły udawał się do jednego czy drugiego, otwierał je i dzwonił w dzwony, wzywając ludzi na celebrację niedzielnej eucharystii. Był to cały on. Pełen gorliwości o sprawy Chrystusa. I jemu w tej sytuacji należy przypisać to co mówiono o Jezusie: „gorliwość o twój dom mnie pożera..” (por. Ps 69,10 oraz J 2,17).
Zdawał sobie sprawę, jak zresztą większość społeczeństwa, że w tej sytuacji wojna musi wybuchnąć. W odróżnieniu jednak od wielu zwyczajnych ludzi i kapłanów nie pozwolił by owładnęło nim poczucie strachu i bezradności. On widział rzeczywistość kompletnie inaczej. Był głęboko przekonany, że wojna przyjdzie ale że będzie to dla Hiszpanii czas oczyszczenia i kary za grzechy społeczne, jakich popełniono niemało w ostatnich czasach. Kara przyjść musiała, bo wielka była przede wszystkim niesprawiedliwość społeczna, brak troski o najbiedniejszych, nierówne prawa wszystkich obywateli, nierówne szanse w dostępie do wykształcenia itd. To w żadnym przypadku nie mogło podobać się Bogu i winę za tę sytuację ponosili niewątpliwie także i ludzie Kościoła, zarówno świeccy jak i duchowni. Aby odkupić te winy potrzeba wiele ofiary. Ksiądz Juan nie bardzo zdawał sobie sprawę jak będzie wyglądać ta ofiara, ale to nie zaprzątało mu w tej chwili umysłu. On był na nią gotów. Był gotów od dawna. Pełen wiary i mocy prawdziwie Bożej zapalał nią innych. Nie miał najmniejszych wątpliwości, że sprawy Boże ostatecznie zwyciężą, bo nie mogło być inaczej. Rozsiewał wokół niezłomną wiarę i promieniował entuzjazmem. Wszystkim dodawał ducha wobec nadciągającego niebezpieczeństwa.
Kiedy 18 lipca wybuchło powstanie wojskowe, sytuacja w tej okolicy jeszcze bardziej się pogorszyła. Przyjaciele księży ostrzegli ich, że do ich miejscowości zbliżają się zbrojne oddziały rewolucjonistów. Nie było na co czekać. Należało natychmiast uciekać i to jeszcze w przebraniu, gdyż w okolicy pełno było czerwonych bojowników. Przełożony nakazał więc swoim współbraciom pozostawienie sutanny, założenie ubrania cywilnego i schronienie się tam, gdzie kto potrafi dotrzeć. Ksiądz Juan przywdziewa więc takie ubranie jakie znalazł. Na wierzch przywdział starą marynarkę, znacznie większą niż jego fizyczne potrzeby, która wyraźnie na nim wisiała. To właśnie od tej marynarki będą go później nazywać w więzieniu, nieco z przekorą ale przede wszystkim z sympatią, Ksiądz Marynareczka.
Tak przebrany udaje się do Valencji. Jednak to właśnie w tym regionie walka z Kościołem katolickim była najbardziej zażarta. Jeden z tamtejszych przywódców, który pełnił jednocześnie obowiązki odpowiedzialnego za sekcję hiszpańską Trzeciej Międzynarodówki José Diaz, miał się wyrazić w 1936 roku: „W prowincjach rządzonych przez nas Kościół już nie istnieje. Hiszpania wyprzedziła tutaj Sowietów, bo na dzisiaj Kościół w Hiszpanii został unicestwiony”. Ta i inne wypowiedzi wskazywały jednoznacznie na cele owej rewolucji. Tu nie chodziło o prawa człowieka i o sprawiedliwość. To była coraz bardziej otwarta walka z Kościołem katolickim i Jego strukturami w społeczeństwie hiszpańskim. Ksiądz Juan, gdy udawał się do Valencji chyba nie zdawał sobie do końca z sytuacji jaka tam panuje. Również inni współbracia sądzili, że pośród ogólnego polowania na księży lepiej się schronić tam, gdzie jest się nieznanym. A właśnie w Valencji nikt księdza Juana nie znał i dlatego tak spokojnie poszedł w kierunku „swojej Jerozolimy”.
Pozostając w przebraniu i nieznany byłby się tam pewnie i uchował, gdyby nie wydarzenie o którym musimy teraz opowiedzieć. Kiedy udawał się do Valencji, nie była to oczywiście podróż w ciemno. Miał ze sobą adres pewnej współpracownicy księdza Lorenzo Cantò, która mieszkała w pobliżu kościoła „Świętych Janów”. Tak nazywano powszechnie w Hiszpanii kościoły, które na wzór bazyliki laterańskiej miały za swoich patronów św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelistę. Otóż ten tytuł nosił w Valencji chyba jeden z najpiękniejszych kościołów. Położony w centralnym miejscu miasta obok Mercato Centrale (Rynku Centralnego) dominował nad miastem i często był uważany za jego symbol. Mury tego kościoła były nasączone wielowiekową modlitwą i a także ubogacone myślą wielu pokoleń artystów, którzy pozostawili tam ślady swojej twórczości. Przebudowywany wielokrotnie w ciągu dziejów ostatecznie zachował charakter barokowy. A barok hiszpański miał swoją bardzo ciekawą szlachetność i zachował swoją odmienność od baroku na przykład niemieckiego. Wielkim bogactwem tego kościoła były freski namalowane przez Palomino.
Mając udać się do mieszkania w okolicy tego kościoła, nasz ksiądz Juan chciał naturalnie wstąpić do kościoła, by się pomodlić. Czynił to tak często w swoim kapłańskim życiu. Gdy zbliżył się do świątyni zobaczył okropną rzecz. Oto bohaterowie rewolucji, wśród śmiechów i drwin a przy przerażeniu okolicznych mieszkańców właśnie podpalali ten wspaniały kościół. Na środku nawy zebrali wszystko co nadawało się spalenia, a więc sprzęty liturgiczne, szafy, ławki, szaty liturgiczne itd. Oto dokonywała się jedna z tych tak wielu haniebnych inscenizacji rewolucyjnych. Zaślepieni w walce z tym co Boże rewolucjoniści nie zważali już nie tylko na świętość tego miejsca, ale nie patrzyli również na wartość artystyczną i historyczną wspomnianych obiektów. Jakże dobrze znamy te fakty, powtarzające się niczym według wcześniej przyjętego scenariusza, już od czasów rewolucji francuskiej. A zaczynało się wszystko pod hasłami wolności, sprawiedliwości i demokracji...
Ksiądz Juan, mimo że był człowiekiem pokornym i delikatnym, miał jednak i sporą dozę porywczości i impulsywności. Do tego musimy jeszcze dołączyć jego gorliwość w Bożych sprawach. Nie mógł więc pozostać obojętny wobec tego co działo się na jego oczach. Chociaż wmieszany w tłum i w przebraniu, to jego kapłańska dusza kazała mu zareagować. Z oburzeniem i na głos krzyczy wtedy: To okropne! To przestępstwo! To świętokradztwo!
Być może, że wyraził w ten sposób uczucia oniemiałego ze strachu tłumu. Ale tłum nie zrobił nic. Pozostał niemy. Natomiast bojownicy rewolucji czuli się silni i bezkarni. Wszak któż im coś zrobi! Oni są teraz panami świata. Więc gdy usłyszeli jeden głos protestu, a nie mógł być zbyt mocny bo przecież pochodził osoby raczej bardzo małej i schorowanej, zainteresowali się nim. Nie spodziewali się przecież protestu, a już zdążyli się przyzwyczaić do milczenia tłumu. Jeden z nich zbliża się więc do protestującego i z wyraźnym poczuciem wyższości, wytykając go palcem mówi do niego: „Ty jesteś carca!”. Było to pogardliwe określenie ludzi o prawicowych poglądach politycznych, czyli jednym słowem przeciwników rewolucji. Oczywiście, że w takiej sytuacji ksiądz Juan nie zamierzał się już ukrywać. Z całą godnością i z całą siłą na jaką mógł się zdobyć jego słaby organizm zaprotestował: Jestem kapłanem, tylko kapłanem, i protestuję wobec takiego zbezczeszczenia! To wystarczyło. W kraju, w którym polowano na księży znaleziono następną ofiarę. A tłum stał niemy. Zaprowadzili go więc spokojnie na posterunek milicji, a stamtąd został przewieziony do więzienia, nie jako więźnia politycznego ale jako kapłana. Rozpoczął się ostatni etap jego ziemskiej ofiary składanej na ołtarzu Bożego Serca.
Ofiara w duchu miłości wynagrodzenia
Ksiądz Juan, w swojej przydługawej marynarce, zostaje umieszczony w więzieniu Modello w Valencji, w celi 476 na czwartym piętrze. Więzienie był przepełnione. Pełno tu było ludzi, którzy gorzko doświadczali skutków rozgorzałego pożaru nienawiści społecznej. Rozpalili go nieodpowiedzialni agitatorzy, a jego zgubne skutki cierpieli wszyscy, a może najbardziej ci niewinni. W całym tym tłumie, który napełniał teraz to miejsce kaźni nie mogło brakować również duchownych i zakonników. Pośród nich wyróżniał się Ksiądz Marynareczka. Był jednym z tych, którzy się nie poddali i dlatego łatwo go było zauważyć. Miał dla każdego dobre słowo, jakąś zachętę i przede wszystkim uśmiech. Gdziekolwiek pojawiał się niósł boleśnie doświadczonemu więźniowi pokrzepienie. Możemy łatwo sobie wyobrazić, nawet na podstawie naszych polskich powojennych doświadczeń, że miejsce to wypełniali głównie ludzie niesłusznie oskarżeni, podejrzani, na których doniósł sąsiad czy ktoś inny, którzy może chcieli nawet pozostać z dala od wszystkiego, a teraz znaleźli się niemal w centrum wydarzeń i to bez możliwości wpływania na nie. Bo siły rewolucji a także i kontrrewolucji są zawsze ślepe, kierowane przez bożka nienawiści.
Nie wiadomo, czy stało się to na skutek jakiegoś szczególnego przywileju czy też z jakiegoś innego powodu, ale właśnie z więzienia ksiądz Juan pisze jeden ze swoich ostatnich listów i to bardzo znamiennych. Oto w dzień świętego Wawrzyńca męczennika (10 sierpnia) przypomniał sobie o imieninach ówczesnego przełożonego generalnego w Rzymie, księdza Wawrzyńca Philippe. Pisze więc do niego list opisując swoje uwięzienie i wyrażając niespotykaną pogodę ducha:
Czcigodny Ojcze, od prawie trzech tygodni jestem tutaj uwięziony ponieważ protestowałem przeciw straszliwemu spektaklowi palenia kościoła i jego profanacji. Niech Bóg będzie błogosławiony! Niech On spełni swoją boską wolę! Osobiście cieszę się, że mogę cierpieć coś dla Tego, Który tak wiele przecierpiał dla mnie, biednego grzesznika!
Zupełnie w podobnym stylu pisał również inne listy. Widać, jak bardzo jego wiara, miłość do Chrystusa i gotowość do poświęcenia kształtowały wszystko o czym myślał i co robił. Oczywiście – postawa ta udzielała się innym. Oprócz przydomka Ksiądz Marynareczka szybko dano mu w więzieniu i drugi, Ksiądz Jasiu. Musiał przypaść do serca współwięźniom i dlatego tak go lubiano. A był wszędzie gdzie było trzeba i na ile pozwalał na to reżim życia więziennego. Pocieszał, spowiadał, wraz z pozostałymi kapłanami przewodniczył wspólnym modlitwom.
Miał ze sobą w więzieniu mały notesik, w którym skrzętnie zapisywał wydarzenia kolejnych dni, a także dokładny plan własnego więziennego dnia. Znaleziono go potem podziurawiony kulami w kieszeni jego spodni. Z niego właśnie dowiadujemy się, że miał czas przeznaczony na osobistą modlitwę, na odmawianie brewiarza (na szczęście pozwolono mu go zatrzymać), na modlitwę z grupami więźniów. Był wierny do końca wszystkim praktykom życia zakonnego. Ryzykując poważnymi karami wyrysował na ścianie swej celi znaki Drogi Krzyżowej i odprawiał ją codziennie. Zdawał sobie sprawę, że musi iść stale za Chrystusem. Nie może pozostać sam. Może to właśnie było źródłem jego siły, która pozwalała mu przezwyciężać terror więzienia oraz nie poddać się przygnębieniu i zastraszeniu.
Co ogromnie przygnębiało więźniów to bezprawie i bezkarność strażników, którzy robili co chcieli z więźniami. Sami uzbrojeni czuli się wobec bezbronnych więźniów jak panowie życia i śmierci. Do tego dochodził makabryczny rytuał, jaki rozpoczynał się około dziewiątej wieczorem. Wyprowadzano wtedy wyznaczonych więźniów „na wolność”. Wszyscy jednak zdawali sobie sprawę, że idą tam skąd nie ma powrotu. Działo się to wszystko bez żadnego sądu, bez pytania, bez żadnej możliwości prawnej obrony. Był to po prostu sposób na likwidowanie niewygodnych ludzi, o poglądach nie mieszczących się w kategoriach ustalonych przez obecnie obowiązujący system wartości. Wydarzenia te musiały wpływać na wszystkich. Wydawało się, że z tej sytuacji nie ma już wyjścia. A jednak!
Przebywający w więzieniu kapłani, wśród nich ksiądz Juan, starali się mobilizować wszystkich do wspólnej modlitwy. Więźniowie wspominali potem, że grupy którym przewodniczył ksiądz Juan modliły się najdłużej. Oprócz litanii lub nowenn odprawianych z wielką gorliwością dołączał on potem do wspólnej modlitwy jeszcze rozważania Pisma świętego. A ponieważ znał na pamięć wiele cytatów z Ojców Kościoła przybliżał i te uczestnikom wspólnej modlitwy. Nie mieli możliwości odprawiać Mszy świętej, ale mieli głęboką świadomość, że w właściwie w każdej chwili gdzieś na świecie jakaś się odprawia. Starali się więc złączyć duchowo z jej uczestnikami. A metoda była bardzo prosta. Recytowano wspólnie niektóre modlitwy, które normalnie odmawiał kapłan i wierni podczas Mszy świętej. Przywoływano w ten sposób niejako celebrację Mszy świętej w mrok celi więziennej. Wszystko to przynosiło wielki pożytek duchowy więźniom. Inaczej zaś na to patrzyli oczywiście strażnicy. Widok modlących się więźniów doprowadzał ich bardzo często do pasji. Więźniowie więc, by nie prowokować furii swoich prześladowców starali się ukrywać przejawy swojej pobożności. Ale i w tym względzie zaszła z czasem zmiana w rozumowaniu uwięzionych. Wielu, a pośród nich i ksiądz Juan, doszli do wniosku, że lepiej umrzeć modląc się niż ulegać szaleństwu. Tak czynili przecież pierwsi chrześcijanie, męczennicy pierwszych wieków. Ukrywano się zatem coraz mniej. Różaniec odmawiano wspólnie na korytarzach. Sam Ksiądz Marynareczka znowu się tu wyróżniał. Gdy przychodziła odpowiednia godzina zabierał swój brewiarz i na dziedzińcu więzienia odmawiał go na oczach wszystkich więźniów i strażników. Widząc spojrzenia tych ostatnich rosło przekonanie, że wcześniej lub później Księdza Marynareczkę „zatłuką”.
Ale w jego zachowaniu nie było jednak nic prowokującego. On sam był przekonany, jak również i wiele innych współwięźniów, że siedzi w więzieniu nie tyle za przekonania polityczne, ale za to że jest kapłanem i zakonnikiem. Nie ukrywał też tego nigdy. Zawsze zachowywał swoją godność kapłańską. Więźniowie zgodnie zeznawali potem, że był grzeczny i serdeczny nie tylko w stosunku do nich, ale również do strażników. To może jeszcze bardziej czyniło ich bezsilnymi w stosunku do tego małego księżunia.
Zwierzył się kiedyś jednemu ze współwięźniów, że otrzymał potajemnie komunię świętą. Ostatnio bowiem aresztowany kapłan, jeden z profesorów seminarium, zdołał przemycić do więzienia Ciało Pańskie. Jakiż głęboki ślad pozostawiło to na księdzu Juanie. Wszyscy widzieli go jakby był w „siódmym niebie”. A zbliżała się już pora ...
Jak już wspomnieliśmy był w tym więzieniu makabryczny rytuał. Oto około godziny dziewiątej wieczorem zajeżdżała na podwórze ciężarówka i zaczynało się wyczytywano nazwisk więźniów, „którzy wychodzili na wolność”. Ponieważ wszyscy zdawali sobie sprawę na czym polegało to wychodzenie na wolność, dlatego w więzieniu zapadały wtedy chwile grozy. Każdy bał się usłyszeć własne nazwisko. W dniu 23 sierpnia 1936 roku ksiądz Juan usłyszał własne. Nie wiemy co działo się w jego sercu. Był przecież realistą a nie jakimś człowiekiem „nawiedzonym” więc i w nim musiał się odezwać jakiś głos sprzeciwu, szczególnie gdy widział jak inni płakali. Jest jednak faktem, że on przygotowywał się na ten moment już od długiego czasu. To co działo się teraz było tylko podsumowaniem życia pojętego jako składanie codziennej ofiary dla Boskiego Serca w celu wynagrodzenia Mu za zniewagi i niewierności.
O ostatnim etapie tej drogi wiemy bardzo niewiele. Wiemy, że egzekucja odbywała się na terenie posiadłości zwanej El Sario w miejscowości Silla. Był to ogród, w którym rosły drzewa oliwne, a pośrodku przebiegał kanał przyprowadzający na miejsce wodę. Według jednego z autorów biografii o księdzu Juanie[3] ogród ten przypominał bardzo Ogród Getsemani, w którym Jezus na modlitwie składał ofiarę ze swojego życia. Ta tajemnica Chrystusa była zawsze taka bliska Ojcu Dehonowi i jego duchowym synom. Być może i te skojarzenia napełniały potem duszą księdza Juana. Trochę rąbka tajemnicy odsłonili tu sami oprawcy, którzy nie potrafiąc unieść ciężaru przeżytego doświadczenia podzielili się nią z innymi. To niektórzy z nich powiedzieli, że ksiądz Juan umierał z okrzykiem: Niech żyje Chrystus Król! Powtarzał zresztą te słowa już w momencie gdy zabierano go na ciężarówkę, o czym świadczyli potem współwięźniowie. Gdy skończono rozstrzeliwanie, ze sterty ciał podnosił się jeszcze cichy szept modlitwy. Oprawca zbliżył się w miejsce z którego dochodził ów szept i rozpoznał, że jest to znany mu Ksiądz Marynareczka. Suchy strzał z pistoletu przerwał tę modlitwę, ale jak wiemy przeniosła się ona w postaci wspaniałego śpiewu przed Tron Baranka (por. Ap 14,1nn). Oprawcy także twierdzili, iż cała ta grupa rozstrzelanych była niczym grupa księży. Oczywiście, nie było to prawdą. Rzecz była w tym, że duszę tej grupy stanowił ksiądz Juan. I on tak wpłynął na pozostałych iż ich postawa zaskoczyła oprawców. Coś niecoś światła na ostatnie chwile rozstrzelanych rzuciły potem badania medyczne zwłok, przeprowadzone w czasie ekshumacji. Okazało się, że nie było to zwykłe rozstrzelanie. Wiele obrażeń na ciałach zamordowanych wskazywało na szereg okrutnych tortur, jakie skazańcy musieli przejść przed śmiercią. Była to ich prawdziwa droga przez mękę. I dlaczego ich tak męczono? Na to pytanie jest tak samo trudno odpowiedzieć, jak na to o wiele starsze: dlaczego istnieje zło? Dlaczego skazano Jezusa na niesprawiedliwą śmierć? A była to noc, która rozpoczynała obchód świętego Bartłomieja Apostoła i męczennika.
Świadectwo
Rewolucja skończyła się zwycięstwem wojsk generała Franco. Ale było to jedynie zwycięstwo militarne, które być może stworzyło warunki do uporządkowania sytuacji politycznej ale nic więcej. Leczenie ran społecznych spowodowanych wojną domową trwało wiele lat i do dzisiaj nie wiadomo czy społeczeństwo przezwyciężyło jej negatywne skutki. Jednak miał rację dobry ksiądz Juan gdy mówił, że Hiszpania potrzebuje wiele ofiary. Nowe społeczeństwo bowiem nie zbuduje się nienawiścią rewolucyjną czy kontrrewolucyjną. Trudno jest dzisiaj należycie ocenić rolę tych, co oddali swe życie dla Hiszpanii w taki sposób jak ksiądz Juan, czyli bez jakiejkolwiek nienawiści i z głęboką wiarą w zwycięstwo Bożej sprawy. Kiedy Jan Paweł II zauważył iż wiek XX był wiekiem męczenników jeszcze bardziej niż pierwsze wieki chrześcijaństwa, sprowokował krytykę wielu środowisk. Szczególnie głośno podnosili głos spadkobiercy idei rewolucyjnych, którzy do dzisiaj nie pogodzili się z przegraną w wojnie hiszpańskiej 1936 roku. Oni to poczuli się zagrożeni, gdy rozpoczęła się sprawa męczenników tej wojny. Z jednej strony wychodziła bowiem na jaw coraz bardziej prawda o tych czasach, a z drugiej demaskowano również rewolucyjny romantyzm, troskliwie tkany przez całe lata w różnych kręgach kulturowych, a który ukazywał zawsze bardzo pozytywnie wszelkich rewolucjonistów. My znamy to dobrze z naszej edukacji szkolnej. Kiedy więc podniosły się głosy krytyki Ojciec Święty wyjaśniał przy różnych okazjach znaczenie męczeństwa w Kościele i rolę aktu wyniesienia tych ludzi na ołtarze. Nie chodziło absolutnie o jakieś rewindykacje historyczne. Nie chodziło również o uskarżanie się na prześladowania Kościoła. Poprzez akt beatyfikacji i kanonizacji swoich męczenników Kościół stawia przed oczami ludzi wierzących chrześcijański ideał. Nikt nie może być uznany za świętego męczennika, jeśli nie można udowodnić iż umierał bez nienawiści do swoich prześladowców, iż ofiarował swoje życie za innych, iż uczynił to wszystko z miłości do Chrystusa i do Jego Kościoła. To zaś nie jest zagrożeniem dla nikogo, a jedynie podkreśla ciągłą konieczność takich postaw w życiu chrześcijan. Męczennik, zdaje się, zaczyna najbardziej świadczyć dopiero po swojej chwalebnej śmierci.
Ciało księdza Juana rozpoznano w masowym grobie po jego notatniku w kieszeni spodni, krzyżyku profesyjnym oraz szkaplerzu Zgromadzenia przestrzelonym w dwóch miejscach. Dokładniejsze badania sztucznej szczęki, której używał, potwierdziły przypuszczenia. To było ciało skromnego Jezusowego sługi, wielkiego świadka mocy Jezusowej Ewangelii, ksiądza Juan María de la Cruz Méndeza, sercanina. W 1940 roku te doczesne szczątki naszego bohatera zostały przeniesione do Puente la Reina, do szkoły apostolskiej w której pracował, do chłopców z którymi tak bardzo związał swoje życie. Rozpoczął się proces długi proces beatyfikacyjny, bo szybko zorientowano się jak bardzo ksiądz Juan żyje w świadomości ludzi wierzących. Teraz jednak, gdy zostaje wyniesiony na ołtarze, jego świadectwo nie będzie ograniczało się do jednej tylko wspólnoty, ale będzie służyło Hiszpanii, Zgromadzeniu w duchu którego doszedł do dojrzałego heroizmu chrześcijańskiego i całemu Kościołowi.
Znaczenie męczeństwa w Kościele
Historia pierwszych wspólnot chrześcijańskich wciąż pozostaje dla nas bardzo obfitym źródłem informacji na temat sposobu wiary w Jezusa Chrystusa, życia wspólnotowego, sposobu przekazywania Ewangelii oraz modlitwy. Niejednokrotnie porównujemy nasze wzorce chrześcijańskie z owymi, aby mieć pewność że idziemy wciąż tą samą drogą. Pragniemy w ten sposób sprawdzić na ile jesteśmy i my autentyczni i bliscy ideałowi ewangelicznemu. Tam też musimy sięgnąć na początek, chcąc zweryfikować nasze pojęcia na temat roli męczeństwa w Kościele.
Początki refleksji chrześcijańskiej o męczeństwie
Historia męczenników w pierwszych wspólnotach chrześcijańskich jest z pewnością wzruszająca. Pojawili się oni bardzo wcześnie (por. Dz 4,1nn), bo przecież historia św. Szczepana miała miejsce niewiele po Zesłaniu Ducha Świętego. Również bardzo wcześnie chrześcijanie nauczyli się to wydarzenie interpretować w świetle Ewangelii. Właśnie opis męczeństwa św. Szczepana jest tego pierwszym i wymownym przykładem (zob. Dz 7,54-60). Przebija z niego wyraźny zamiar autora, by podkreślać wszystko co łączy świętego męczennika z Osobą Jezusa Chrystusa, co przypomina Jego mękę. Stąd zostało podkreślone niesłuszne oskarżenie, sprowokowane nauczaniem Ewangelii, modlitwę do Ojca Niebieskiego, szczególnie o darowanie winy prześladowcom i ofiarowanie własnego życia, które jest przecież zupełnie czymś innym niż tylko pasywnym ponoszeniem męki. To dostrzeganie podobieństwa między męczeństwem chrześcijanina a Męką Jezusa Chrystusa świadczy, iż w takim męczeństwie widziano kontynuację i aktualizację tej drugiej. Tym sposobem Chrystus nadal żyje w społeczności swojego Kościoła, w ludziach, którzy Go naśladują. Ponieważ ci chrześcijanie umierali jak Chrystus, więc również w nich objawi się tajemnica Chrystusowego zmartwychwstania. Chrystus zwycięża nadal w sobie właściwy sposób i to przekonanie umacniało wszystkich chrześcijan. Krzepiło ono całą wspólnotę wierzących.
Trudno się dziwić zatem, że męczennicy cieszyli się tak wielkim szacunkiem w społeczności chrześcijańskiej. Dzień ich męczeństwa, mimo całych okropnych realiów tego wydarzenia, stawał się świętem chrześcijańskim. Kontynuując starą tradycję dotyczącą wspominania bliskich zmarłych w rocznicę ich urodzin, chrześcijanie przenieśli ją również na męczenników. Dość szybko jednak jako dzień urodzin zaczęto traktować nie ten w którym człowiek przychodzi na świat, ale ten w którym urodził się dla nieba. Chodziło zatem o dzień męczeństwa. Tak narodził zwyczaj obchodzenia rocznicy męczeństwa, jako wydarzenia liturgicznego w Kościele. Powszechnie przyjmuje się dzisiaj, że zwyczaj ten narodził się wraz męczeństwem św. Polikarpa[4], która miała miejsce prawdopodobnie 23 lutego 155[5]. Wspólnota chrześcijańska w Smyrnie, której biskupem był właśnie św. Polikarp, wysłała do innych wspólnot list[6] (przede wszystkim w regionie Wielkiej Frygii), w którym informowała o chwalebnej śmierci ich biskupa oraz o postanowieniu liturgicznego obchodzenia rocznicy jego męczeństwa. Brak tam jakiejkolwiek lamentacji, użalania się czy śladu nienawiści do prześladowców. Dominuje natomiast wielki zachwyt nad tym co się stało dzięki Bożej łasce. Ewidentnie Kościół ten dzielił się swoim skarbem. Cieszono się zwycięstwem, bogactwem, a nie płakano z powodu straty.
Czyżby chrześcijanom tamtych pokoleń brakowało poczucia realizmu? Czyżby byli ludźmi owładniętymi jakimś szaleństwem? Poczucia realizmu im z pewnością nie brakowało. Bali się cierpienia jak każdy normalny człowiek i wielu z nich uginało się pod presją zagrożenia. Dobrze jest nam znana historia tzw. chrześcijan „upadłych” z tego okresu historii Kościoła. Zawahali się oni w tym trudnym momencie i najczęściej później przez całe pozostałe życie starali się odpokutować tę słabość. Chrześcijan nie można posądzać o brak realizmu. Raczej należy dostrzec w ich postawie widzenie czegoś więcej, niż widzi człowiek w normalnym, codziennym rytmie życia. Począwszy od św. Szczepana męczennicy w tym ostatnim momencie walki cieszą się jakimś innym widzeniem rzeczywistości, o wiele szerszym niż nasze postrzeganie. To pozwala im potem ocenić nawet perspektywę cierpienia i utraty życia przy pomocy innych kryteriów. Gdy dokonują tego odkrycia - otwarcia, odtąd ich postępowanie staje się zupełnie niezrozumiałe dla przeciętnego człowieka. Jest to owoc ich zjednoczenia z Chrystusem. Męczennik zatem to ktoś, kto nie tylko cierpi dla Chrystusa lub z powodu Chrystusa, ale także ktoś kto cierpi zjednoczony z Chrystusem. To daje mu siłę.
Właśnie w środowisku pierwszego Kościoła ukształtowała się również nazwa „męczennik”. Ponieważ było to środowisko kultury greckiej i rzymskiej, więc tam należy szukać źródła tego słowa. Otóż czeka nas tu niespodzianka. Słowo polskie męczennik nie jest prostym przetłumaczeniem słowa, którego używało się wtedy i używa nadal w wielu współczesnych językach. Polskie słowo podkreśla fakt cierpienia. Męczennik to ktoś, kto cierpiał. Tymczasem słowo greckie i łacińskie, którym określano męczennika martyr, oznacza kogoś zupełnie innego. Określa ono świadka, czyli człowieka, który dostarcza dowodów przy dochodzeniu do prawdy, szczególnie w czasie procesu sądowego. Nie jest to oczywiście pomyłka. Kiedy język polski dostosowywał się do pojęć chrześcijańskich, łacińskie słowo martyr określało człowieka który cierpiał i umarł za wiarę. Tak je rozumiała wtedy, i chyba rozumie w dużej mierze do dzisiaj, wspólnota chrześcijańska. My chcemy jednak dowiedzieć się, dlaczego w pierwszych wspólnotach użyto tego właśnie słowa, choć wtedy miało o wiele szersze znaczenie. Dlaczego męczeństwo chrześcijanina zaczęto nazywano świadczeniem, dowodem przy dochodzeniu do prawdy? Jest to ciekawy problem i warto się nad nim zastanowić. By na to pytanie odpowiedzieć należałoby zapytać o to tamtych właśnie ludzi. Nie jest to takie trudne gdy mamy do naszej dyspozycji niektóre źródła z tamtego okresu, często doskonale opracowane. Słowo to znajdujemy już w samych tekstach Nowego Testamentu. Używa je przede wszystkim św. Jan i to w sposób bardzo konsekwentny[7]. Najpierw mówi o świadectwie jakie dał Ojciec Niebieski swojemu Synowi. Znajdujemy to w wypowiedzi samego Jezusa, kiedy wyjaśnia rolę Jana Chrzciciela jako świadka, ale powołuje się na świadectwo (memartyrëken) jakie dał Mu Ojciec (J 5,37), czyli w jaki sposób Ojciec potwierdził Jego misję. Oczywiście, odnosiło się to dzieł jakie Chrystus jest w stanie realizować i do zapowiedzi Pisma, które o Nim mówią. Bowiem samego oblicza Boga nikt nie widział. Tego samego słowa martyria używa św. Jan, kiedy przytacza rozmowę Jezusa z Nikodemem. Nikodem nie może zrozumieć jak może się zrealizować nauka Jezusa o powtórnym narodzeniu się człowieka, szczególnie gdy ten już jest dorosły. Jezus wzywa go wtedy, by przyjrzał się dokładnie wszystkiemu co On robi, jakie zostawia świadectwo (martyria), gdyż inaczej trudno mu będzie zrozumieć rzeczy dotyczące spraw niebiańskich. A więc znowu dotyczy to czynów, i to czynów które nie mieszczą się w kategoriach zwykłego ludzkiego rozumowania. Świadectwo daje również św. Jan Chrzciciel, całym swoim życiem świadczy o Jezusie Chrystusie (J 1,7-8), swoim nauczaniem (J 1,15; 3,26; 5,33), w dyskusjach z faryzeuszami (J 1,19-36) itd. Również w tym przypadku świadectwo janowe odnosi się do Jezusa, jest mówieniem o Jezusie Chrystusie Mesjaszu i Zbawicielu. W konsekwencji również i uczniowie Jezusa stają się świadkami tego co widzieli i co przeżyli przy Nim (Łk 24,48). Przekazują Jego naukę, ale przede wszystkim świadczą o tym, że prawdziwie umarł i po trzech dniach zmartwychwstał. Staje się to możliwe jednak dopiero po otrzymaniu mocy Ducha Świętego (Dz 1,8). Ludzkie siły są tutaj niewystarczające. Tego rodzaju świadectwo uczniów staje się również ich zadaniem i obowiązkiem (Łk 24,48; Dz 1,22). Ponieważ często ściąga ono na nich prześladowanie, cierpienie a nierzadko także i śmierć, stąd łatwo zauważyć iż cierpienie za Chrystusa i za Jego Ewangelię staje się po prostu świadectwem (martyria), a człowiek, które je daje jest świadkiem (martyr), jak św. Szczepan (Dz 22,20) i jak całe mnóstwo tych, którzy „zwyciężyli dzięki krwi Baranka i dzięki słowu swojego świadectwa” (Obj 12,11). To ostatnie znaczenie słowa świadek stało się obowiązujące w Kościele i zostało potem przetłumaczone na język polski jako męczennik.
Gleba męczenników
Tak ogólnie wszyscy wiemy skąd biorą się męczennicy. Jednak gdy przyjrzymy się bliżej kryteriom jakie stosowała wspólnota chrześcijańska wobec tego zjawiska, to sprawa okazuje się o wiele trudniejsza. Przede wszystkim sprawa męczeństwa nie jest dziełem przypadku. Powiedzieliśmy to już wyżej. Nie wystarczy stracić życie w kontekście religijnym[8]. Nie chodziło o jakieś bierne znoszenie cierpienia, a w końcu i śmierci. Męczennik zawsze był uważany za kogoś, kto ofiarował swoje życie, kto zwyciężył.
Wspomniany powyżej ostatni cytat z Apokalipsy św. Jana podkreśla wewnętrzny dynamizm owego świadectwa. Jan, opisując dzieje Kościoła ukazuje Jego trudne doświadczenia ale również i ostateczne zwycięstwo. Ci zaś, którzy w tym Kościele zwyciężyli, dokonali tego mocą Jezusa Chrystusa i dzięki własnemu świadectwu. Podobnie i ci, którzy stoją w białych szatach przed Barankiem (por. Obj 7,9-17). Podkreślono tu dwa nieodłączne źródła siły męczenników, którymi są krew Baranka i słowo świadectwa.
Pierwszym źródłem jest „krew Baranka”. Pod tym pojęciem rozumie się całe Misterium Chrystusa Zbawiciela, które przyjęte przez chrześcijanina rodzi w nim nowe życie (Rz 16,25; Ef 1,7-9, Kol 1,26-27). Zawiera w sobie Tajemnicę Jego Męki i Zmartwychwstania. Chrześcijanin może się złączyć z Chrystusem w tym Misterium poprzez sakramenty święte. Daje temu wyraz święty Paweł, gdy mówi do Filipian: „To dążenie niech was ożywia: ono też było Chrystusie Jezusie. On, istniejąc w postaci Bożej...” opisując dalej właśnie Misterium Chrystusa, które kończy się Jego wywyższeniem w chwale Ojca (por. Flp 2,5-11). Jest to zatem również i perspektywa otwarta dla każdego chrześcijanina. Chrystus umarł dla naszego zbawienia i kto przyjmuje Chrystusa może osiągnąć zbawienie, ostateczne zwycięstwo. Danie ostatecznego świadectwa było zatem wynikiem zjednoczenia z Chrystusem oraz oczywiście działania Ducha Świętego. Już dlatego nie było tu miejsca na przypadek. Chrześcijanie, modlący się potem w starożytnych bazylikach, nieustannie patrzyli na łuk tryumfalny[9] i utrwalali się w przekonaniu, że właśnie męczennicy są tego najlepszym dowodem. Moc krwi Baranka stanowiła niewyczerpalny skarbiec Kościoła.
Drugim źródłem siły męczenników, o którym jest mowa w cytowanym tekście Apokalipsy, jest samo świadectwo jakie on dają. Jest to tylko pozorna sprzeczność. Świadectwo to nic innego jak wyznawanie wiary. Przypomnijmy w tym miejscu co mówił św. Paweł: „Bo sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej ustami do zbawienia” (Rz 10,10). Czyny człowieka, oparte na jego wewnętrznej decyzji, określają go i formują go. Sam proces dawania świadectwa wierze posiada zatem swoją wewnętrzną siłę. Czytając akta męczenników, łatwo jest o tym się przekonać, widząc jak zmieniają się oni pod wpływem dawania swego świadectwa. Ten sam proces stopniowego dojrzewania w wierze pod wpływem jej wyznawania zauważamy już w Ewangelii, np. w opisie uzdrowienia niewidomego od urodzenia (por. J 9,1-41). Kto raz wyznał wiarę w Chrystusa staje się zdolniejszy do kolejnych aktów, jeszcze bardziej głębokich i autentycznych.
Opisane tutaj źródła siły męczenników mają swój naturalny kontekst. Misterium Jezusa Chrystusa i jego owoce są dostępne człowiekowi w Kościele. Tę wspólnotę założył Chrystus, aby była nieustannym sakramentem zbawienia dla wszystkich ludzi[10], a więc ma kontynuować Jego dzieło. Również naturalnym środowiskiem w którym każdy chrześcijanin uczy się wyznawać swoją wiarę jest wspólnota Kościoła. Dzieje się to przede wszystkim w czasie celebracji liturgicznej. Ta wspólnie wyznawana wiara buduje Kościół od wewnątrz i na zewnątrz. Można więc podsumować, że Kościół jest naturalnym środowiskiem, glebą, na której rodzą się męczennicy – świadkowie. Do tego Kościół został powołany (np. Łk 24,48). Jeśli wspólnota Kościoła jest autentyczna, nie braknie jej świadków – męczenników. Jest to znak rozpoznawczy jej autentyczności. Nie należy więc dziwić się, iż pierwsze wspólnoty tak cieszyły się wspominaniem męczenników. To był znak ich siły. A można nawet powiedzieć, że do pełni swego życia Kościół koniecznie potrzebuje męczenników[11]. Skoro męczeństwo zakłada zjednoczenie z Chrystusem i świadectwo, szczególnie to pochodzące z miłości, to w ten sposób wyraża się przecież również główna misja Kościoła – ewangelizacja.
Sens obecności męczenników w Kościele
Męczennik staje się naprawdę sławny dopiero po swoim zwycięstwie. Wspomniana już historia ze świętym Polikarpem w Smyrnie jest tylko dowodem na naturalną tendencję obserwowaną we wspólnotach chrześcijańskich. Szczyciły się one swoimi bohaterami, dzieliły się z innymi pokrzepiającą historią ich zwycięstwa, a ich groby zaczynano otaczać coraz większą czcią. Stawały się one celem pielgrzymek począwszy od III i IV wieku. Jeśli któryś z męczenników był złożony w katakumbach, łatwo było zauważyć to miejsce ze względu na maksymalne zagęszczenie innych grobów w tej okolicy. Cześć wobec doczesnych szczątków męczenników, chociaż przypominała nieco obrzędy związane ze wspominaniem zmarłych w kulturze rzymskiej i greckiej, była jednak zupełnie czymś innym. Po pierwsze wspomnienie to dotyczyło nie tylko najbliższej rodziny męczennika ale angażowało całą wspólnotę, a nawet wychodziło daleko poza jej granice. Biskup Kartaginy św. Cyprian tak pisał do swoich kapłanów w czasach prześladowań Decjusza (250 rok) na temat tych, co umierali za wiarę: „zapiszcie dzień w którym odchodzą z tego życia, abyśmy mogli celebrować ich wspomnienie tak jak wspominamy wszystkich męczenników”[12]. Jest zatem świadkiem ustabilizowanej już praktyki uroczystego obchodzenia wspomnienia męczenników w szerokim gronie wspólnot chrześcijańskich. Po drugie, nie obchodzono dnia narodzin tych ludzi ale znaleziono nową formułę. Obchodzono rocznicę męczeństwa jako dzień prawdziwych narodzin, albo inaczej narodzin dla nieba. Obchody te były bardzo radosnym wydarzeniem, który nie miał absolutnie nic do czynienia z opłakiwaniem zmarłych. W centrum takiego obchodu znajdowała się celebracja eucharystyczna, która jakoś może i przypominała pogańskie uczty cmentarne dla uczczenia zmarłych, ale jej treść i znaczenie były zupełnie inne[13]. Także nie modlono się za nich, ale coraz częściej chrześcijanie zaczynają modlić się do męczenników. Można więc z tego wszystkiego wywnioskować, że już dla pierwszych wspólnot chrześcijańskich obecność męczenników była ważnym elementem ich życia kościelnego. Radosne przeżywanie tych wspomnień poświadczało wspólnotom wciąż aktualną obietnicę Chrystusa: „A oto Ja jestem z wami po wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28,20). Była to też weryfikacja autentyzmu ich postawy chrześcijańskiej. Jeśli bowiem pojawiają się chrześcijanie zdolni naśladować Chrystusa aż do śmierci, więc w tych wspólnotach panuje Jego duch. Nie można również zapominać, iż „propagowanie” postawy męczenników, którzy zwyciężyli mimo tak wielkich przeciwności, musiało mieć niewątpliwy wpływ również na umocnienie ducha wspólnot wciąż narażonych na prześladowania.
Już w trzecim wieku chrześcijanie modlili się do męczenników o pomoc w rozwiązywaniu różnego rodzaju problemów codziennych. Z tego czasu pochodzą np. napisy wokół grobu św. Piotra. Rozwinął to bardzo mocno Kościół średniowiecza. Oddał On pod „opiekę” poszczególnych świętych w zasadzie każdą dziedzinę życia społecznego i osobistego. I tak jak kiedyś pierwsze wspólnoty chlubiły się z posiadania grobu jakiegoś męczennika lub przynajmniej jakichś jego szczątków, tak teraz każde miasto, każdy zamek miał swoich „świętych protektorów”, a byli to najczęściej męczennicy. To zaufanie do męczenników i szukanie ich pomocy w obliczu niebezpieczeństw pochodziło ze sposobu postrzegania ich męki. Stanęli oni wobec trudności, wyzwania i podjęli walkę. A była to walka przede wszystkim z własną słabością, która prowadziła równocześnie do zwycięstwa nad złem. To pojęcie „walki” stoczonej przez męczenników przed śmiercią prowokowało wierzących do ufnego szukania pomocy tychże „atletów” we wszelkich walkach jakie trzeba było staczać w życiu. Nierzadko męczenników nazywano po prostu i Bożymi atletami[14]. Ale w średniowieczu z powyższego rozumowania wyciągnięto jeszcze inny wniosek. Gdy przyglądamy się ikonografii tego okresu, łatwo dostrzegamy iż męczennicy są przedstawiani na obrazach i rzeźbach z atrybutami swojej męki. Nie jest to jedynie informacja historyczna na temat ich martyrologii. Oni ukazują te elementy jako sztandar swojego zwycięstwa. Podkreślano w ten sposób, że skoro zwyciężyli znosząc mękę w takich okolicznościach, to teraz w podobnych mogą pomagać chrześcijanom. I tak choćby bliski nam św. Florian został utopiony. Jego męczeńska śmierć jednak okazał się zwycięstwem. Zatem okazując się już raz zwycięski w walce z tym żywiołem teraz pomaga nam, ludziom wierzącym i szukającym jego wstawiennictwa, opanować tenże żywioł oraz drugi z nim spokrewniony jakim jest ogień. Na ikonografii św. Florian najczęściej ukazany jest jak gasi wodą pożar. W tradycji chrześcijańskiej chroni on domostwa przed ogniem i powodzią, a także stał się szczególnym patronem strażaków. Inną męczennicę, świętą Katarzynę Aleksandryjską, przedstawia się na obrazach z kołem, którym kiedyś była łamana. Stała się więc opiekunką między innymi tych co mają do czynienia z kołami w swojej pracy jak np. kolejarze. Ponieważ świętą Apolonię męczono, jak twierdzą podania, przez wyrywanie jej zębów, dlatego ukazuje się ją często z własnymi zębami tacy, a także stała się opiekunką tych co cierpią ból zębów. Męczennicy więc, z całą swoją mocą uzyskaną w wyniku stoczenia zwycięskiej walki, stają się częścią życia społecznego we wszystkich jego wymiarach.
Współczesna wizja sposobu obecności męczenników w Kościele została ukształtowana w dużej mierze na Soborze Watykańskim II. Przede wszystkim Konstytucja O Kościele, ale nie tylko, dała nowy wykład tej doktryny[15]. Po podkreśleniu istniejących dotychczas elementów, takich jak zjednoczenie z Chrystusem, włączenie w misję Kościoła oraz upodobnienie do Chrystusa również w momencie śmierci, zwrócono szczególną uwagę na główny motyw tego świadectwa jakim jest miłość. Męczeństwo – świadectwo będzie teraz ukazaniem miłości Boga do człowieka. Najpełniej wyraził to Jezus Chrystus poprzez całkowitą ofiarę z życia złożoną za grzesznego człowieka. Zgodnie z tym kryterium w 1982 roku Kościół dostrzegł również w śmierci św. Maksymiliana Kolbe wymiar męczeński. Również teraz błogosławiony Juan María de la Cruz jest męczennikiem, bo ofiarował swoje życie za Hiszpanię, za swój naród, za Kościół. Zgodnie z tym narodziła się potrzeba również nowego postrzegania męczenników we wspólnotach chrześcijańskich dzisiaj. Są oni potrzebni, by świadczyć o absolutnym priorytecie miłości. Ojciec Święty przygotowując Wielki Jubileusz i ukazując jego podstawowe wymiary powiedział: „Zwłaszcza w naszej epoce męczennik jest znakiem owej największej miłości, w której zawierają się wszystkie inne wartości”[16]. Takich męczenników XX wiek przyniósł nam wielu, a Kościół może się cieszyć ich obecnością i potrzebuje ich szczególnie w dziele nowej ewangelizacji.
Sercańska lektura wydarzeń
Pierwszy męczennik sercański
Gdy Przełożony Generalny Zgromadzenia Księży Sercanów ogłaszał swoim listem z 18 grudnia 2000 roku tę radosną wieść o beatyfikacji księdza Juana María de la Cruz, przypomniał że był on pierwszym historycznie męczennikiem sercańskim. Za nim ustawia się coraz dłuższa kolejka ludzi, którzy realizując swoje powołanie sercańskie znaleźli się wobec konieczności dania ostatecznego świadectwa i nie zawahali się to uczynić. A lista staje się coraz bardziej imponująca:
1936: ks. Juan María de la Cruz García Méndez (Hiszpania, ), beatyfikowany 11.III.2001.
1941: ks. Franz St. Loh (Niemcy), który kontestując niesprawiedliwości reżimu faszystowskiego został zabity w więzieniu.
1942: ks. Joseph B. Stoffels et Nicolas A. Wampach (Luksemburg).
1944: ks. Nicola M. Capelli (Włochy), oddał życie za zakładników w czasie okupacji niemieckiej.
1944-1945: 11 misjonarzy holenderskich, którzy umarli w japońskim obozie koncentracyjnym w Muntok (Indonezja). Wszyscy świadomie oddawali swe życie jako misjonarze, sercanie za ludzi wśród których pracowali:
ks. Petrus M. Cobben (42 lata),
ks. Andreas Gebbing (38 lat),
ks. Wilhelmus F. Hoffmann (34 lata),
ks. Franciscus B. Hofstad (40 lat),
ks. Theodorus Th. Kappers (41 lat),
ks. Isidorus G. Mikkers (48 lat),
br. Gerardus Matthaeus Schulte (47 lat),
br. Theodorus Wilfridus van der Werf (46 lat),
ks. Petrus N. van Eyk (37 lat),
ks. Franciscus J.B. van Iersel (36 lat),
ks. Henricus N. van Oort (56 lat).
1945: P. Christian H. Muermans (Belgia).
1961-1964: 28 misjonarzy (Belgowie, Luksemburczycy, Holendrzy i jeden Włoch), którzy oddali swe życie w czasie rebelii w Kongo. Wszyscy oni, świadomi swojego powołania sercańskiego, świadomie oddawali swoje życie za ludzi i za Kościół w którym pracowali:
ks. biskup Joseph A. Wittebols (52 lata),
ks. Amour J. Aubert (37 lat),
ks. Karel J. v. R. Bellinckx (51 lat),
ks. Hermanus W. Bisschop (45 lat),
ks. Martinus Damianus Brabers (59 lat),
ks. Clément F. Burnotte (33 lata),
ks. Joseph Ch. B. Conrad (49 lat),
ks. Johannes B. de Vries (53 lata),
ks. Henricus D. Hams 46 lat),
ks. Leo L.-M. Janssen (38 lat),
br. Jozef Andries Laureys (51 lat),
ks. Aquilino Bernardo Longo (57 lat),
ks. Jacques J.V. Moreau (30 lat),
ks. Gerardus St. Nieuwkamp (32 lata),
br. Jozef Alois Paps (43 lata),
ks. Arnoldus W. Schouenberg (46 lat),
br. Wilhelmus Arnulfus Schouenberg (40 lat),
ks. Johannes A. Slenter (35 lat),
ks. Josephus J. Tegels (37 lat),
ks. Francicus Th. M. ten Bosch (51 lat),
ks. Jean I. Trausch (46 lat),
ks. Christian J.B. Vandael (35 lat),
ks. Jeroom G. Vandemoere (32 lata),
ks. Petrus J. van den Biggelaar (46 lat),
br. Henrik Jozef Vanderbeek (52 lata),
ks. Henricus B. van der Vegt (55 lat),
ks. Henricus J.E. Verberne (40 lat),
ks. Wilhelmus P. Vranken (35 lat)
ks. Alphonse Strijbosch (45 lat).
Nie będzie chyba nadużyciem jeśli do tej liczby, przynajmniej w sposób nieoficjalny, będziemy zaliczać także tych wszystkich naszych współbraci, którzy oddali swoje życie w ofiarnej pracy misyjnej. Nie zostali zamordowani, ale poprzez swoją ofiarną pracę spalili się dla Chrystusa. Na pierwszym miejscu trudno nie pamiętać o pierwszych misjonarzach w Kongo, których zabijał klimat nawet po jednym tylko miesiącu ich pracy. Do nich musimy zaliczyć np. trzech współbraci francuskich zabitych w 1959 roku w Kamerunie. I choć nie było to oddanie życia bezpośrednio za wiarę, to jednak była to śmierć dla Chrystusa w czasie pracy misyjnej.
Do grupy sercańskich męczenników nasz Przełożony Generalny proponuje zaliczać także innych, nie tylko samych zakonników, którzy byli z nami związani szczególnie przez życie tą samą duchowością. I tu na pierwszym miejscu trzeba wyliczyć błogosławioną Anwarite Nangapeta, wspaniały kwiat wykwitły na kongijskiej ziemi, która oddała swoje życie w obronie czystości właśnie w czasie rebelii w 1964 roku. Była to siostra ze Zgromadzenia Najświętszej Rodziny, założonego przez sercańskiego biskupa Camille Verfaillie w 1937 roku. Do swojej ofiary z życia przygotowała się pod kierownictwem duchowym księdza biskupa Józefa Wittebolsa, również sercanina i również męczennika tych okropnych czasów.
Widząc tak wspaniałe owoce duchowości i charyzmatu jakie pozostawił nam Ojciec Jan Leon Dehon trzeba się radować. Trzeba jednakże jeszcze raz docenić tę drogę, tę metodę i każdy jej szczegół, oraz zaangażować się w jej realizację. Bez ofiarnej miłości, całkowitego oddania siebie nasze powołanie nie ma sensu. I chociaż to trudne, to pomagają nam na tej drodze również nasi męczennicy – świadkowie, że jest to Boża sprawa.
Sercański błogosławiony
Beatyfikacja, czyli publiczny akt Kościoła którym wynosi On na ołtarze któregoś ze swoich członków, dotyka tę wspólnotę w jej fundamentach. Mówi bowiem o ideałach, którymi ona żyje i jakie stawia sobie wymagania w realizacji dzieła powierzonego Mu przez Chrystusa. Nie inaczej musi być i w przypadku tej beatyfikacji. Jej wpływ, szczególnie na wspólnoty sercańskie, będzie jednak zależał od sposobu percepcji tych znaków. Myślę tu przede wszystkim o naszych wspólnotach zakonnych. Niemniej jednak niemal od samego początku istnienia Zgromadzenia są z nami złączeni liczni świeccy, którzy urzeczeni charyzmatem Ojca Dehona realizują go tam, gdzie ich Pan postawił na ich drodze życia. Nie mogą zatem i oni być wyłączeni z tego „przypływu” łaski Bożej.
Refleksja przeprowadzona wcześniej w zasadzie wskazuje dość jednoznacznie również i konkluzje o „charakterze sercańskim”. Nie mogą one iść innymi drogami jak te wyznaczone przez tradycję Kościoła. Warto jednak przynajmniej kilka z nich podkreślić.
Przedstawiony wcześniej krótki życiorys księdza Juana, myślę że wystarczająco ukazuje jego przywiązanie do charyzmatu Ojca Dehona oraz do ideału miłości i wynagrodzenia. Mimo początkowych poszukiwań to właśnie na tej drodze odnalazł on radość oddania się Bogu do końca. Ksiądz Wilhelm Zick, który przyjmował go do Zgromadzenia i był mu bliski przez cały czas, zostawił potem na procesie znamienne świadectwo odnośnie jego życia duchowego. Podkreślił jego ogromną cześć wobec Najświętszego Sakramentu oraz wobec Matki Najświętszej. Zachwycał się nawet po latach jego kazaniami na temat miłosierdzia Bożego Serca. Jego ukochanie adoracji, praktyk pierwszego piątku, ofiarowanie każdego dnia z czystej miłości Sercu Jezusowemu oraz niezwykle pobożny sposób celebrowania codziennej mszy świętej przyczyniały się co ciągłego wzrostu jego podstawowego pragnienia życiowego. A było to pragnienie dania „jeszcze więcej” w odpowiedzi na miłość Boga objawioną w Jezusie Chrystusie. Kiedy zatem zbliżały się trudne czasy, dobrze czując potrzeby społeczne i interpretując je w duchu naszego charyzmatu, niejednokrotnie powtarza wobec różnych świadków swoją gotowość do całkowitego poświęcenia się za ukochaną ojczyznę. W jego przypadku nie był to jakiś romantyzm, wyrosły na bazie chwilowego uczucia, ale wypadkowa długiej drogi poznawania Boskiego Mistrza i wpatrywania się w Jego Otwarte Serce. Żył i działał bardzo pokornie. Nie pozostawił po sobie wielkopomnych dzieł. Jednak to właśnie ta pokorna droga doprowadziła go do najpełniejszej odpowiedzi na Boże powołanie. Dowodem na to jest właśnie beatyfikacja, poprzez którą Pan Bóg zechciał to pokorne świadectwo ewangeliczne postawić wysoko przed naszymi oczami, bo spodobało się Mu i przyniosło chwałę Imieniowi Bożemu (por. Ps 115,1).
Ksiądz Juan María de la Cruz żyjąc naszym charyzmatem doszedł do heroizmu w praktykowaniu Ewangelii. Potwierdzili to ludzie żyjący z nim i widzący jego postawę pełną wiary i miłości zarówno do Boga jak i do człowieka. Potwierdza to Kościół aktem beatyfikacji. Jest to zatem również potwierdzenie przez Kościół naszej drogi: jej możliwości i konieczności. Chciałoby się powiedzieć nawet coś więcej odczytując znak tej beatyfikacji. Jest to bowiem pierwsza beatyfikacja w studwudziestoletniej historii Zgromadzenia. Nawet nasz Założyciel, sam Ojciec Leon Dehon nie dostąpił jeszcze tego honoru. Nie znaczy to, że w jego drodze do świętości czegoś brakowało. Akt Kościoła musimy jednak odczytywać jako kolejny element Bożej pedagogii względem nas. Jeśli Kościół chce mieć nasze Zgromadzenie, to chce mieć je zgodnie z charyzmatem pozostawionym nam przez Założyciela. A to właśnie nasz Założyciel podkreślał, iż cechą która musi odróżniać nas w Kościele to umiejętność całkowitego ofiarowania się (immolatio)[17]. Oblat, a tak nazywał on początkowo swoich zakonników, powinien ofiarować się na serio, być ofiarą – oblatem (gra słów!). Taki był sens wynagrodzenia praktykowanego od samego początku[18]. Uważał, że najważniejszym świętem dla nas powinno być przeżywanie Tajemnicy Zwiastowania, bo w właśnie przychodząc na świat Chrystus powiedział swoje „ecce venio” – oto idę. Oblaci powinni w każdy swój czyn włączyć również akt miłości i wynagrodzenia[19]. Nie chciał on, prawdopodobnie, mieć w swoim Zgromadzeniu wielkich rzesz ludzi, chciał natomiast każdemu z jego członków zaszczepić tego szczególnego ducha ofiary i poświęcenia. Czyż zatem beatyfikacja najpierw pokornego męczennika ze Zgromadzenia nie staje się mocnym przypomnieniem nam naszych ideałów? Czy nie „stoi” za tym również i nasz Założyciel, jak zwykle burząc utarte i przyjęte schematy myślenia?
Dzisiaj możemy liczyć na szczególną obecność błogosławionego księdza Juana María de la Cruz w naszych wspólnotach. Liczymy zatem na odnowienie ufności w moc naszego charyzmatu. Będąc wśród nas obecny będzie nas umiał zapalić również do zrobienia jeszcze czegoś „więcej” dla Chrystusa, jak nas uczył Założyciel i jak robił to on sam. I chociaż zmieniły się dzisiaj realia życia kościelnego i społecznego, to ta właśnie zasada jego realizacji nie zdeaktualizuje się nigdy. Znajdzie jedynie nową formę wyrazu.
Wspomnienie – czynić obecnym przez modlitwę
Mądrością człowieka jest pamiętanie o własnej historii. Mądrością człowieka wierzącego jest pamiętanie o tym co Bóg uczynił dla nas wszystkich (por. Ps 78,7; 103,2). Wspominać jest rzeczą ludzką, ale jest również cnotą, która ma swoje korzenie w łasce Bożej. Liturgia chrześcijańska rozumie wspomnienie nieco szerzej, niż jest w powszechnym użyciu. Potocznie bowiem gdy wspominamy, odwołujemy się do pewnych wydarzeń historycznych, które wzbudzają w naszym sercu różne uczucia. W liturgii chrześcijańskiej również od tego doświadczenia się zaczyna. Jednak idzie ono znacznie głębiej. Staje się przywołaniem rzeczywistości o charakterze zbawczym. Chrześcijanie bowiem, od samego początku istnienia swoich wspólnot i zgromadzeń liturgicznych, gdy „wspominali” Chrystusa doświadczali jego realnej obecności. Powtarzali więc z wiarą znaki, które czynił Pan, właśnie w celu uobecnienia go pośród nich. Potem gdy nauczyli się oni „wspominać” Matkę Bożą, świadków – męczenników, następnie wyznawców i innych świętych. Również wtedy głównym motywem takich celebracji było „przebywać z nimi”.
Taki jest sens każdego święta chrześcijańskiego, a także wspomnień świętych i męczenników. Proponujemy tutaj krótką modlitwę, która może być odprawiana zarówno wspólnotowo jak i prywatnie, związaną ze wspomnieniem błogosławionego księdza Juana María de la Cruz García Méndez. Poprzez tę modlitwę pragniemy pobudzić naszą wolę, za wstawiennictwem naszego nowego Błogosławionego, do gorliwego i ofiarnego realizowania naszego powołania w różnych jego wymiarach.
W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.
HYMN[20]
Śpiewajmy hymny tryumfu
I sławmy dzisiaj z radością
Zwycięstwo Bożego wyznawcy
Nad lękiem, bólem i śmiercią.
Jak Chrystus okryty hańbą,
Samotny wobec cierpienia,
Odważnie poniósł męczeństwo,
Bo uwierzył miłości.
Odchodząc z ziemi w udręce
Wyznał mężnie przed światem,
Że Bóg jest dobrem najwyższym
I On mu życie przywróci.
A teraz patrzy w oblicze
Swojego Mistrza i Zbawcy,
Gdyż On mu bramę otworzył
Królestwa wiecznej światłości.
Niech męka sług Ewangelii
umocni wiarę Kościoła,
A nam wyjedna obmycie
W ożywczej krwi Barankowej.
Wielbimy Ciebie, Wszechmocny,
Za świadków Twojej wielkości;
Majestat, cześć i podzięka
Niech będzie Trójcy Najświętszej. Amen.
CZYTANIE Z LISTU ŚW. PAWŁA DO RZYMIAN:
Rz 8,35.37-39
Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz? Ale we wszystkim tym odnosimy pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nam umiłował. I jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani Zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani Moce, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym.
Chwila cichej medytacji.
K. W Tobie, o Serce Jezusa, mą ufność złożyłem, * i nie będę zawiedziony na wieki.
W. W Tobie, o Serce Jezusa, mą ufność złożyłem, * i nie będę zawiedziony na wieki.
K. Miłosierdzie Boga będę wychwalał.
W. I nie będę zawiedziony na wieki.
K. Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu.
W. W Tobie, o Serce Jezusa, mą ufność złożyłem, * i nie będę zawiedziony na wieki.
AKTY WIARY, NADZIEI I MIŁOŚCI
Wierzę w Ciebie, Boże żywy,
W Trójcy Jedyny prawdziwy.
Wierzę coś objawił, Boże,
Twe Słowo mylić nie może.
Ufam Tobie, boś Ty Wierny,
Wszechmocny i Miłosierny.
Dasz mi grzechów odpuszczenie,
Łaskę i wieczne zbawienie.
Boże, choć Cię nie pojmuję,
Jednak nad wszystko miłuję;
Nad wszystko co jest stworzone,
Boś Ty - Dobro Nieskończone.
W miejsce tych aktów można odmówić Skład Apostolski (Wierzę), natomiast we wspólnotach sercańskich słusznym byłoby zastąpić je którymś z aktów ofiarowania.
PROŚBY:[21]
Przez błogosławionego Jana Marię od Krzyża i wszystkich męczenników, którzy ponieśli śmierć dla słowa Bożego, wysławiajmy naszego Zbawiciela, wiernego Świadka, i wołajmy do Niego:
Chryste, nasz Panie, Ciebie wysławiamy.
Przez Twoich męczenników, którzy dobrowolnie śmierć ponieśli dając świadectwo wierze,
- obdarz nas, Panie, prawdziwą wolnością ducha.
Przez Twoich męczenników, którzy przelaną krwią potwierdzili swoje wyznanie wiary,
- daj, abyśmy zawsze zachowywali nienaruszoną wiarę.
Przez Twoich męczenników, którzy przyjmując krzyż, poszli Twoimi śladami,
- spraw, Panie, abyśmy mężnie znosili utrapienia życia.
Przez Twoich męczenników, którzy przyjęli Twoją łaskę i obmyli swe szaty we krwi Baranka,
- daj, Panie, abyśmy Twoją mocą pokonali zasadzki ciała i świata.
Przez Twoich męczenników, którzy uwierzyli Twojej miłości i nią pokonywali nienawiść,
- daj, Panie, abyśmy umieli budować zgodę i miłość między ludźmi.
Ojcze nasz .....
Wszechmogący, wieczny Boże, Ty umocniłeś swego sługę Jana Marię od Krzyża dając mu poznać bogactwo Twojej miłości do każdego człowieka, spraw za jego wstawiennictwem, abyśmy z miłości ku Tobie cierpliwie znosili wszelkie przeciwności * i ze wszystkich sił dążyli do Ciebie, który jesteś prawdziwym życiem. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, który z Tobą żyje i króluje, w jedności Ducha Świętego Bóg przez wszystkie wieki wieków. Amen.
K. Przez zasługi Twoich męczenników.
W. Naucz nas budować Twoje Królestwo.
K. Błogosławmy Panu.
W. Bogu niech będą dzięki.
Dodatek – list O. Generała
Roma, 18 dicembre 2000
Prot. N. 286/2000
A tutti i membri della Famiglia Dehoniana
(SCJ, Consacrate, Laici)
Cari fratelli e sorelle:
Vi comunico con vera gioia che questa mattina abbiamo assistito in Vaticano alla Lettura Pubblica del Decreto di Martirio del nostro confratello p. Giovanni Maria della Croce García Méndez (1891-1936).
Questo è l'ultimo passo prima della sua beatificazione che sarà il prossimo 11 marzo 2001 in Piazza San Pietro, insieme a molti altri martiri spagnoli.
Sarà il primo Beato SCJ. È il nostro protomartire. In effetti egli è al primo posto nella lista degli altri 44 martiri che la Congregazione ha avuto nel secolo XX (1).
La beatificazione si celebrerà in gruppo, perché è più significativa dal punto di vista ecclesiale, anche se la causa si è sviluppata individualmente in tutti i passi dal processo. Tutto ciò ha permesso di fondare adeguatamente le ragioni del suo martirio ed approfondire la conoscenza della sua ricca personalità spirituale.
Con la beatificazione, la Chiesa lo propone come stimolo, esempio ed intercessore in modo particolare per la Chiesa locale, la Congregazione SCJ e tutta la Famiglia Dehoniana alla quale il p. Giovanni Maria della Croce fu unito per tutta la vita.
Invitiamo la Famiglia Dehoniana, specialmente la Congregazione SCJ, a prendere parte a questo grande avvenimento. Detta partecipazione non si organizzerà in forma ufficiale; dovrà essere impegno di ciascuno. Al momento opportuno comunicheremo i diversi atti previsti a Roma, sollecitando l'iscrizione per ottenere in tempo i biglietti che daranno possibilità di accesso ai posti riservati.
Ci congratuliamo con la Provincia Spagnola che, fin dall'inizio, ha creduto in questa causa, per la fama di santità che il p. Giovanni Maria della Croce godeva già in vita e per la sua eroica testimonianza di religioso e sacerdote, secondo la vocazione SCJ, portata avanti fino alla morte.
Ringraziamo per il lavoro paziente e saggio del postulatore generale, p. Oliviero Giuseppe Girardi, del p. Antonio Aguilera Alamo, vicepostulatore e di quanti hanno collaborato al buon successo di questa impresa. Speriamo che la nostra fiducia, loro confratelli, la devozione popolare e le necessità della Chiesa favoriscano la continuità di questa opera fino alla canonizzazione.
Avere un confratello santo non deve essere motivo di vanto, bensì il riconoscimento che si tratta di una grazia speciale del Sacro Cuore per tutta la nostra Famiglia Dehoniana. Un regalo che, per noi, viene ad incoronare questo anno giubilare, porta sacra del nuovo millennio. È un dono che suscita in noi sentimenti di gratitudine e lode al Signore.
Questo momento di grazia possa ravvivare in tutta la Famiglia Dehoniana, principalmente tra gli SCJ, la coscienza della chiamata universale alla santità (cf. LG 39-40), e l'importanza di mettere al centro della nostra vita quella spiritualità forte e solida che caratterizza il carisma della vocazione dehoniana. Questa è l'eredità comune trasmessa dal p. Dehon, fondamento di tutto quello che possiamo essere e fare per il "Regno del Cuore di Gesù nelle anime e nelle società".
Come Direttivo Generale proponiamo che il nostro caro Beato venga ad occupare un spazio importante nelle nostre Comunità, Distretti, Regioni e Province. A questo scopo saranno inviati alcuni sussidi per conoscere la sua storia, apprezzare la sua personalità ed imitare la sua testimonianza.
In realtà il martirio fu solo il punto più alto di una vita completamente unita alla persona di Cristo e della sua oblazione riparatrice..
Approfitto dell'occasione anche per invitare, tutti i nostri organismi congregazionali e tutti i membri della Famiglia Dehoniana, a recuperare la memoria storica di quelle figure significative di sorelle e fratelli nostri che possono essere modelli e stimolo per vivere con maggior intensità la vocazione e la missione che abbiamo nella Chiesa e nel Mondo di oggi, come già alcune Province lo stanno facendo (2).
Che questo avvenimento venga ad accrescere la gioia del prossimo Natale e venga a fortificare la nostra capacità di amore e di servizio per tutti.
Intercedano per questo Maria, il Beato Giovanni Maria della Croce ed il nostro Fondatore.
Fraternamente nel Cuore di Cristo.
P. Virgino D. Bressanelli, scj
Superiore Generale
(1) Sono questi i nostri martiri:
1936: Beato Giovanni Maria della Croce García Méndez (Spagna).
1941: P. Franz St. Loh (Germania).
1942: P. Joseph B. Stoffels et Nicolas A. Wampach (Lussemburgo).
1944: P. Nicola M. Capelli (Italia).
1944-1945: 11 missionari olandesi morti in campo di concentramento giapponese in Muntok (Indonesia):
P. Petrus M. Cobben, P. Andreas Gebbing, P. Wilhelmus F. Hoffmann, P. Franciscus B. Hofstad, P. Theodorus Th. Kappers, P. Isidorus G. Mikkers, Fr. Gerardus Matthaeus Schulte, Fr. Theodorus Wilfridus van der Werf, P. Petrus N. van Eijk, P. Franciscus J.B. van Iersel, P. Henricus N. van Oort.
1945: P. Christian H. Muermans (Belgio).
1961-1964: 28 missionari (belgi, lussemburghesi, olandesi e un italiano) in Congo : Mgr Joseph A. Wittebols, P. Amour J. Aubert, P. Karel J. v. R. Bellinckx, P. Hermanus W. Bisschop, Fr. Martinus Damianus Brabers, P. Clément F. Burnotte, P. Joseph Ch. B. Conrad, P. Johannes B. de Vries, P. Henricus D. Hams, P. Leo L.-M. Janssen, Fr. Jozef Andries Laureys, P. Aquilino Bernardo Longo, P. Jacques J.V. Moreau, P. Gerardus St. Nieuwkamp, Fr. Jozef Alois Paps, P. Arnoldus W. Schouenberg, Fr. Wilhelmus Arnulfus Schouenberg, P. Johannes A. Slenter, P. Josephus J. Tegels, P. Francicus Th. M. ten Bosch, P. Jean I. Trausch, P. Christian J.B. Vandael, P. Jeroom G. Vandemoere, P. Petrus J. van den Biggelaar, Fr. Henrik Jozef Vanderbeek, P. Henricus B. van der Vegt, P. Henricus J.E. Verberne, P. Wilhelmus P. Vranken.
Senza contare tutti quei confratelli che hanno dato la loro vita nella loro missione, come i 3 SCJ francesi uccisi in Camerun nell'anno 1959.
Potremmo inoltre considerare della Famiglia Dehoniana anche la Beata Anwarite Nangapeta (1964), suora congolese della Sacra Famiglia, congregazione fondada dal Vescovo Dehoniano Mons. Camille Verfaillie nel 1937. Questa beata si formó nel cammino della oblazione dehoniana sotto la direzione spirituale del martire Mons. Joseph. A. Wittebols scj.
(2) Si veda per esempio l'opusculo edito dalla Provincia Tedesca: "Märtyrer der Herz-Jesu-Priester", autore p. Bernd Bothe scj, anno 2000.
[1] B. MARTIN DEL REY. Los màrtires mueren en Cruz (Ed. El Reino del Corazòn de Jésus – Madrid 1962); P. TANZELLA. Padre García Méndez (Ed. Dehoniane – Andria 1977); A. AGUILERA ALAMO. Testigo hasta la muerte (Madrid 1984); A. AGUILERA ALAMO. Trasparentia de una Fe (Madrid 1986); E. MARTINEZ DE ALEGRIA. Un Santo al azar. P. Juan García Méndez (Roma 2000).
[2] Dane na temat rewolucji hiszpańskiej i jej ofiar zaczerpnąłem z B. KUMOR. Hiszpania. W latach 1814-1939, w: Encyklopedia Katolicka, 6 (TN KUL – Lublin 1993)1041-1043. Posłużyłem się także innymi broszurkami opisującymi życie ks. Juana García Méndez.
[3] ks. Evaristo Alegría, dz. cyt. 28.
[4] A. BERGAMINI. Cristo festa della Chiesa (Edizioni Paoline – Roma 1982)411.
[5] Badacze nie są zgodni w tym względzie, podając jako prawdopodobne daty: 22 luty 156 lub 22 luty 177. Por. J. QUASTEN. Patrologia, I(Marietti – Torino 1980)76n.
[6] Wydany np. przez T. CAMELOT w Sources Chrétiennes, 10(Paris 1951)242-274. Fragmenty w tłumaczeniu polskim zobacz w Liturgii Godzin pod wspomnieniem św. Polikarpa 23 lutego (LG III,1138n).
[7] Por. słowo martire w AA.VV. Dizionario sintetico di teologia (Libreria Editrice Vaticana - Città del Vaticano 1995)208n.
[8] Doskonałe i syntetyczne zestawienie doktryny chrześcijańskiej w tym względzie daje nam ksiądz biskup Rino Fisichella, podkreślając jak ten właśnie aspekt nigdy nie podlegał kwestii od starożytności aż po dzisiejsze czasy. Por. R. FISICHELLA. Martyre, in LATOURELLE R. et FISICHELLA R. (dir.) Dictionaire de la théologie fondamentale (Ed. Bellarmin, Montréal, Ed. du Cerf - Paris 1992)765.
[9] Był to mur, który zwierał konstrukcję nawy głównej w miejscu, gdzie łączyła się ona z transeptem. Ponieważ jej kształt przypominał starożytne łuki tryumfalne dlatego przyjęła się taka jego nazwa. Było to uprzywilejowane miejsce na przedstawianie sceny tryumfu Baranka, opisanej przez św. Jana w Apokalipsie. Tak jest np. w bazylice św. Praksedy, św. Klemensa, świętych Kosmy i Damiana oraz wielu innych w Rzymie.
[10] Por. LG 1.
[11] FISICHELLA. dz. cyt., 758.
[12] Św. CYPRIAN. Epistola 12,2.
[13] P. JOUNEL. Santi, Culto dei, in SARTORE D.-TRIACCA A. M. (edd.) Nuovo Dizionario di Liturgia (Ed. Paoline - Roma 1984)1338n.
[14] „Święta jest ziemia zroszona waszą krwią, o zwycięzcy atleci Pana, i święte są miejsca co kryją wasze ciała, bo wy zwyciężyliście Nieprzyjaciela na arenie wyznając z wiarą Chrystusa. Zechciejcie wyprosić nam zbawienie dusz naszych” – to przykład modlitwy używanej bardzo często w tradycji bizantyjskiej. Jeden z naszych łacińskich hymnów, ku czci męczenników zaczyna się słowami: „Pobłogosław, męczenniku / Dzień radosny twego święta, / W którym krew przelałeś mężnie, / By otrzymać wieniec chwały” (Godzina czytań z tekstów wspólnych o jednym męczenniku).
[15] Głównie: LG 42 i 50; GS 20; AG 24; DH 11 i 14.
[16] JAN PAWEŁ II. Incarnationis misterium, (Bulla 1999)13.
[17] O. Dehon, z konferencji do nowicjuszy 25 luty 1880 roku: „Odnośnie do nas, tym co winniśmy naśladować, to jego życie ofiarowania się. Jezus Chrystus widzialnie ofiarował się w dniu swej męki, kiedy Jego Ciało zostało przybite do krzyża. Od tego czasu są jeszcze ukrzyżowani jego uczniowie. Gdyby tego wymagał od nas, winnibyśmy byli odpowiedzieć Jego łasce”. Za M. DENIS. Projekt Ojca Dehona (Kuria Prowincjalna SCJ – Kraków 1990)45.
Z dnia 28 kwietnia 1880 roku: „Tym co jest dla nas najbardziej specjalne, to wielkoduszność w ofierze i miłości. Jezus chce serc wspaniałomyślnych. Nie ma nic małego w ofierze. Ofiarujmy się więc wspaniałomyślnie”. Tamże, 41.
[18] Tamże, 34 i 43.
[19] Tamże, 35.
[20] Hymn z jutrzni o wielu męczennikach, dostosowany. Por. LG III,1469.
[21] Patrz jutrznia o wielu męczennikach (LG III,1470).